Kultura i rozrywka

W stepach Kazachstanu (3)


Lata 1939 – 1946 w/g opowiadań Lidii Brzeskiej.

W r z e s i e ń  1 9 3 9

   Pozostawione przez ewakuowanych na placu klasztornym bagaże były ciężkie, ale przy pomocy mężczyzn z naszego transportu bez trudu zostały wniesione do piwnic. Do otrzymanych walizeczek Lidia zaglądała kilka razy dziennie. Przekładała, czyściła, zakładała na siebie. Jej dziesięcioletni umysł wiązał ze „skarbem” nieokreślone nadzieje.

   Radość, która rzadko wypełniała klimat trudnych dni i tym razem nie dała się potwierdzić. Poleszucy, którzy wciąż nazywali ewakuowanych „panoczkami” osłabili swoją przyjaźń. Na sprzedaż, przynosili pod bramę coraz mniej żywności. Od trzech dni w ogóle nikt pod bramę nie przyszedł. Przy spotkaniach są tajemniczy, zgryźliwi, albo zuchwali. W oczach czyta się nienawiść, a wygląd napiętych mięśni twarzy upodabnia ich do zwierząt przyczajonych do ataku.
    - Jesteście jacyś inni…, co tu się dzieje? –zapytała mama Olgę sprzedającą w sklepie.
    - Nasi, lada dzień, spodziewają się przybycia Sowietów – powiedziała szorstkim głosem.
    - To wy z nimi? Do nich? Za nimi pójdziecie…? – Apolonia Brzeska sypnęła pytaniami.
    - Czerwona Armia to, nasza wyzwolicielka – dodał zadowolony jej mąż, Artiom.
    - Powitamy ją kwiatami, a nasi będą całować czołgi! – To nasze szczęście! – dodał z entuzjazmem.
W mieście, bez obawy, wypowiadano nienawistne groźby pod adresem Polaków. Wykrzykiwano, że po wkroczeniu bolszewików, oni wszystkich „panoczków” wymordują.
   Nadzieja Popławska, której mąż Józef był posterunkowym w Przechodach, wtuliła w ramiona dziewięcioletnią córeczkę Wandę. Strach obleciał szczuczyńską rodzinę Adamków: Helenę (Łaguna), Marię (Sakowska), Tadeusza, Czesława i Kazimierza.
    Po dziesięciu dniach pobytu w klasztorze OO. Kapucynów w Lubieszowie, zdecydowaliśmy się na szybki powrót do Szczuczyna. A jeśli nie tam, to gdziekolwiek, aby na Polesiu nie oczekiwać planowanej rzezi. W klasztorze, mimo naszych próśb, pozostał chory pan Makarewicz, policjant z Grajewa. Pozostali uciekali przeróżnym transportem.
    Wynajęty gospodarz, na nędznym koniku, zawiózł nas z dużymi bagażami na dworzec wąskotorówki odległej o 1,5 km od Lubieszowa. Stamtąd pociągiem dotarliśmy do odległego o 45 km Kamienia Koszyrskiego. Dalej, w kierunku Białegostoku, nie można było odjechać ze względu na zerwane tory. Dworzec opuścili tylko ci, którzy jechali w kierunku Warszawy.
Próba wejścia do środka małego dworca nie powiodła się. Zapełniony był matkami z dziećmi. Panował tłok, krzyk i pisk. Co chwila rozlegało się wołanie o pomoc, która nadejść i tak nie mogła.
Na dworze jak na ironię, deszcz szalejąc z wiatrem, lał wodę jak z cebra.
   Wokół stacji obozowała duża ilość Polskiego Wojska z zamiarem wyjechania na Węgry i Rumunię. Jesienna szaruga, witająca zimnem i świstem wiatru, połączyła los polskiego żołnierza tułacza z cywilami. Karmili nas konserwami, chlebem, kawą i cukrem w kostkach. Do snu pod płotem okrywali kocami i płaszczami z plamami zaschłej krwi. Uparty deszcz padał przez cztery dni. My w żywiole natury pod gołym niebem, dodatkowo byliśmy narażeni na artyleryjską kanonadę ukraińskich band. Ostrzał był kierowany do naszych wojsk z dużej odległości.
Wieczorem ogromna łuna, od podpalonych przez Wojsko Polskie swoich koszar, anektowała przestrzeń nad nami. Wymuszała w nas pośpiech do ucieczki.
    - Apolonia Brzeska, to nie tylko nazwa własna, ale moje nazwisko, które obliguje do działania…
Jak w gorączce, z trwogą i zadowoleniem, tak do siebie szeptała trzydziesto jedno letnia mama.
    - Rządu już nie ma. Jesteśmy sami…, to i sami mamy dać sobie radę.
    - Chodźcie ze mną! - zwróciła się do kilku kobiet z prośbą, która bardziej przypominała rozkaz.
Zachęciła cztery panie, zabrała dokumenty, dzieci nakryła ojca policyjną peleryną i poszliśmy do sztabu.
    - Dzień dobry! - powiedziała do oficera. Spojrzała na wiszącą za nim biało-czerwoną flagę, której ciepło karmazynu podniecało jej działanie, poczym opisała sytuację naszą i innych.
    - Czy to, ma jeszcze jakąś wartość? – dodała, podając męża legitymację Virtuti Militari.
    - Oficer stuknął głośno obcasami i wyprężył się salutując. – Jestem major Wit. Do usług.
    - Nie! Nie możecie zginąć! – i posypały się pytania: „Ile jest wszystkich rodzin? Ile furmanek i koni
       potrzebujecie? Czy osiemnaście koni i trzynaście furmanek wystarczy?”
    - Więc załatwione!
My, jutro Kamień Koszyrski opuszczamy. Przez kilka godzin będziecie jechać z nami. Dalej jedziecie sami. Dla waszego bezpieczeństwa przydzielę kilu zdemobilizowanych, powracających do domów żołnierzy.
    - Dziękujemy. Niech Bóg, ocalając życie, wynagrodzi panu majorze tę pomoc i przyniesie zwycięstwo.
    - Wam drogie panie, życzę szczęśliwego powrotu do domów.
 
    Słońce było nad zachodem, kiedy żołnierze oddalając się od nas machali czapkami i chusteczkami. Ostrzegali przed ukraińskimi bandami, zboczeńcami, złodziejami i bolszewikami, którzy już przekroczyli granice Polski. Omijajcie miasta! Jedźcie tylko w dzień i polnymi dro…ga…mi!
Kołyszące się drzewa sosnowo-dębowego lasu wyciszały ich głosy i zasłaniały sylwetki.
Poczuliśmy się osamotnieni i niebezpieczni. Oni, z orzełkami na czapkach, uśmiechnięci, ładni i młodzi oddalali się, idąc jak na uroczystą defiladę, a nie na taniec ze śmiercią.
Nam kręciły się łzy, a z lasu coraz ciszej i ciszej dochodziła melodia i słowa żołnierskiej refleksji: „Wojenko, wojenko, cóżeś ty za pani, że za tobą idą, że za tobą idą chłopcy malowani? (…)”
Zapadła głęboka cisza, nawet echo przestało odpowiadać.
   Omijając miasta, jechaliśmy przez kolonie i sioła, wsie i zaścianki, krętymi, drogami Polesia. Leśne drogi były piaszczyste, to kamieniste z wybojami. Obok bagna, kępy wybujałych traw i sitowia. O zmierzchu, w swoim języku nawoływały się ptaki, beznadziejnie szukające miejsca na spokojny sen. Co chwila coś piszczało, huczało, to wyło. W tajemniczo trzeszczące gałęzie wplatały się ludzkie odgłosy. Zbyt bliskie szepty w krzakach jeżyły przetłuszczone włosy. Jechaliśmy bez szmeru, a może i nic nie myśląc, żeby ktoś nie usłyszał pracy naszego mózgu. Tylko rytmiczny klekot kół, parskanie spienionych koni w reakcji na zapach tubylców poświadczało, że przesuwamy się do przodu.
Piękne Polesie zdawało się nie być ojczystą, przyjazną krainą, ale doliną grozy i rozpaczy.
   Kilka dni po naszym wyjeździe, na rowerze, dopędził nas pozostawiony w klasztorze, z powodu choroby, policjant Makarewicz. Mimo tłoku przyjęliśmy jego na swoją furmankę ze względu na współpracę w Grajewie z Antonim Brzeskim. Barczysty, silny i dobrze zbudowany, usiadł na skrawku wozu. Zdawało się, że niezadowolone konie obejrzały się na tył wozu. Był rozpalony temperaturą, zmęczony, głodny, a przede wszystkim sprawiał wrażenia wystraszonego.
    - Co skłoniło pana do ucieczki? W Lubieszowie są już bolszewicy? – zapytała Apolonia Brzeska.
    - Och! Przyjaciele…, co nas czeka…? Głos mu falował, zęby uderzały o siebie, cichł, to opowiadał, co przekazywali mu OO. Kapucyni.
    - Na początku, z kierunku Białegostoku na poleskie miasta, motocyklami nacierali Niemcy. Wkrótce Szwaby wycofali się, a ich pozycje o świcie17 września (1939) zajęły wojska bolszewickie. Przesuwają się  do linii demarkacyjnej ustalonej z malarzem XX wieku - Hitlerem. Co dziwne, walczą nawet z opornie wycofującymi się Niemcami.
Przed wejściem bolszewików, polskie władze opuściły Lubieszówów. Nie ma tam już naszego wojska i policji. Na polecenie marszałka E. Rydza-Śmigłego, nasi bez walki mają wycofać się na Rumunię i Węgry.
    Białorusini witali Czerwoną Armię kwiatami, całowali czołgi. Śpiewali: „Panskoj Polshy netu bolsze, zloj staruszki net w zywych, ne zahwatit bolsze Polsza naszych bratjew trudowych”. Bolszewik umacniał ich przekonanie słowami: „ Ja sczitaju, czto sowetskaja włast bystro unicztożit godnost Polszi. (Uważam, że sowiecka władza szybko zniszczy dumę Polski.)
Zaczęła się bolszewicka zemsta na Polsce za - sierpień 1920 roku.
   Według wzoru broniącego się Grodna, pozostali chłopcy w mundurach strzelców mających bronić Lubieszów przed bolszewickimi bojówkami. W większej ilości są to kolaboranci od wieków żyjący z nami, teraz zapalczywie działający na rzecz bolszewików. Mieszkańcy Polesia, tego pochodzenia, mające zmysły do wysysania duszy, po przejściu na stronę bolszewików, denuncjują nas z zapałem. W czołgach jeżdżą z bolszewikami i Białorusinami w znane im miejsca, kryjówki i wskazują Polaków do deportacji i rozstrzelania.
    - Jak to tak? Czy takie postępowanie, może być prawdziwe? – zapytał Krygier.
    - „Stworzono nam bagno, a w nim kąpią się wszystkie męty”. To słowa z klasztoru - dodał Makarewicz.
    - Zdrada, to faryzejska zapłata za polskie soki: krew, chleb i trwanie w sztucznej symbiozie. Teraz
       sieją śmierć przez zdradę – uzupełnił zburzony, a pot spływał mu po gorącym czole.
    - Służyć zdradzieckiej Czerwonej Armii było ich zaszczytem. Za nią szedł nowy świat anarchii, polityki
       korzystnej dla faszystowskiej, sowieckiej i przewrotnej filozofii artystów. Polska jest przeszkodą w
       interesach i łakomym kąskiem podziału dla tylu wrogów – łkał patrząc na spienione konie.
    - To smutne, mój dziadek już dawno opowiadał, do czego są oni zdolni – powiedziała pani Popławska.
„Pośród swoich tworzą perfekcyjne struktury społeczne i są idealnym wzorcem współpracy swego gatunku. Ich atakiem na zyski są podstępne wejścia we wnętrza innych społeczności, w miejsca najważniejsze. Tam w idealnej konspiracji pustoszą, jak mrówki afrykańskie, ustawiając się na ścieżce własnej prawdy i zysku. Przydatna im jest rzymska zasada „divide et impera” (dziel i rządź), której elementy skłaniające do skłócenia innych narodów, powodują wygraną dla nich. Zresztą Polacy zawsze harowali, a oni złoto zbierali.”
    - Jeżeli są tak mądrzy, to mają prawo rządzić? - zauważyła mama.
    - Pan Makarewicz, mówi, że strzelcy i harcerze bronią miasto przed sowietami? – dodała.
    - Tak! Ojciec przełożony mówił, że Polacy witali ich silnym ogniem z 45 mm działek przeciwlotniczych i
       z francuskich, kawaleryjskich berdanek. Mówią, że ślady powitalnej walki na długo zachowa broniąca
       się poleska ziemia i bolszewicka krew.
Pierwsze dni walki z barbarzyńcami we wrześniu 1939 r., obnażyły samotność Polski i nie przygotowanie do obrony suwerenności i bezpieczeństwa Jej dzieci. Nie przewidywano, że wokół nas tyle podłości.
     - Zrozpaczona mama tuli czworo dzieci w ramionach i szepce: ”Rysiu, ciesz się! Polska Armia wróci!”
     - Dziesięciolatek spojrzał mamie w oczy i zapytał: ”Mamo, a Tata o tym wie?”
     - Wie, szefie nasz, wie doskonale! – głaszcząc jego włoski, tuliła wciąż do swego ciała, a pod jej pachy,  wciskała się, sześcioletnia Danusia i ośmioletnia Elżbieta.
   
    Dojechaliśmy do miejsca, gdzie trzystu metrowy odcinek koniecznie trzeba przejechać drogą główną.
W oddali powiewała czerwona flaga, zatkana na szczycie baraku, wokół którego kręcili się mężczyźni. Ich karabin maszynowy skierowany był w naszą stronę. Kilku mężczyzn podbiegło do nas i nerwowo pytali skąd, dokąd i po co jedziemy. Ze wszystkich wozów wyrzucili ładunki na szosę. Zaskoczeni, że nie przewozimy broni, porozumiewawczo zerkali na siebie, to na wóz i na nas, potem pozwolili odjechać.
    Przemarznięci i głodni tułacze bez ojczyzny, ciągnęli w kawalkadzie leśnymi drogami. Nim minęliśmy piętnaście km powstało kolejne zagrożenie.
    - Mamo, patrz, znów czerwona flaga! – zawołał Rysiu, patrząc na Makarewicza, oczekiwał wyjaśnienia.
Na tle zieleni, wiatr szamotał niekształtną czerwoną flagą osadzoną na gałęzi z brzozy. Obok stał karabin maszynowy, skierowany w stronę podróżnych, przy którym tamci zachowywali się jak bohaterowie. Przeszukali kieszenie i szybko wyrzucili pakunki z wozów na drogę. Potem kazano je pozbierać i odjechać.
Pan Makarewicz, który ze względu na zmęczone konie, przesiadał się z wozu do wozu, dosiadł do nas.
    - Wystraszyłeś się czerwonego płótna…? – patrzył na Rysia czekając na odpowiedź.
    - No nie kombinuj mały! Widziałem jak wyrzucałeś pistolet – hi, hi, hi…! – „tetetka”?
    - Nie!
    - Ja też! Mój kochany Vis 35, to polskie cudeńko…, trzy granaty i nóż upuściłem pod furmankę.
      Ta komunistyczna hydra wytłukłaby wszystkich gdybyś nie wyrzucił – dodał, klepiąc chłopca po
      ramieniu.
    Podróż powrotna różniła się od poprzedniej głównie tym, że nie było w niej przygód z samolotami.
Jednak poczucie zagrożenia przez grasujące bandy, łopotanie obcych flag na naszych ziemiach, wytwarzało psychozę. Jechaliśmy wciąż brudni, głodni, bez wody, a co czwarty z nas miał podwyższoną temperaturę.
Oczy piekły od braku łez i wypatrywania bandytów na drzewach i w krzakach, którym oczy błyskały jak u wilków.
    Za małym wzniesieniem, napotkaliśmy gospodynie kopiące ziemniaki obok własnej zagrody. Powitali nas przyjaźnie. Przekazały swój zapas chleba i dwie konwie mleka. Szybko rozpalono ogniska, aby się ogrzać i upiec ziemniaki. Siedzieliśmy długo, opowiadając swoje przeżycia w podróży bez końca.
Noc była względnie ciepła. Zasnęliśmy obok naszych furmanek. Rano zauważono brak dwóch koni, które nocą pasły się na łące. Podejrzanymi byli jadący z nami zdemobilizowani żołnierze. Oni obrażali się za nasze podteksty, a my byliśmy do nich nieufni. Wkrótce potwierdzili złe zamiary, mówiąc: ”Jeżeli nam nie dacie dwóch koni, wymordujemy was z całymi rodzinami. ”Groźba zabrzmiała jak zaskakujący wyrok.
Karawana składała się przeważnie z kobiet i małych dzieci. Dzień wcześniej pan Makarewicz rowerem  odjechał w innym kierunku. Po drodze, zdrowsi żołnierze odeszli w swoje strony. Ci, co leżeli na furmankach byli poważniej ranni i wyczerpani. Nie widzieliśmy dla siebie obrony. Po oddaniu dwóch koni, pozostałe nie dadzą rady uciągnąć naszych ładunków.
    Ponad kilometr jechaliśmy główną drogą, do miasteczka Ratna, w kierunku przeprawy przez rzekę Bug.
Za skrzyżowaniem, na skraju lasu, zauważyliśmy barak, na którym powiewała nasza biało-czerwona flaga. Ewakuowani, błądzący tam i z powrotem, ucieszyli się tym widokiem. Jednak, kiedy po prawej i lewej stronie wzgórka zauważono dwa ckm -y, znajomy nam strach szarpał naszymi nerwami.
    - Panie kapitanie! Ci żołnierze chcą odebrać nam dwa konie i grożą mordem. Dzieci są wystraszone, nie
      śpimy – tłumaczyła szczegółowo mama i inne kobiety.
    - Boimy się każdej chwili. Oni mieli nam pomagać, a nie zagrażać – dodała pani Nadzieja Popławska.
    - Wy tam! Do mnie! – wydał komendę oficer. – Pod barak marsz – uzupełnił rozkaz.
Potem zwrócił się do swoich trzech żołnierzy… i podał ostatnią komendę.
    - W oskarżonych, salwą, pal!
    - Nie! Nie! – my nie chcemy ich śmierci! Tylko zatrzymajcie ich aż my się oddalimy.
Oskarżeni korzystając z chwili konsternacji, uciekli do lasu. Jednego z nich dopadła kula. Krew lała się cholewami, kiedy niesiono go do pancernego pojazdu. Drugi był poza zasięgiem.
    - Nie bójcie się jechać dalej. Trwa obława. Przyprowadzą go, albo przyniosą.– pocieszał kapitan.

   Wyjechaliśmy z lasu. Przed nami puste, nizinne pola, na których wiatr bawił się zeschłymi liśćmi. Na boku pozostało miasteczko Ratno.
Po drodze, mama zabrała na naszą furmankę młodą, małżeńską parę. On dziennikarz z Warszawy z ciężarną żoną, którzy pieszo szli z Kamienia Koszyrskiego do Łomży. Dziennikarz posiadał mapę, dzięki której łatwiej dotarliśmy do miejsca przeprawy promem przez Bug do Włodawy. Na jeden kurs prom zabierał tylko cztery furmanki.
    We Włodawie obszerny lokal był zapełniony kobietami z dziećmi i żołnierzami. Ci ostatni, wieczorem załatwili dwie gęsi, ukopali kilka koszy ziemniaków i sami przygotowali posiłek dla nowych gości. Spaliśmy na swoich paczkach, aby o świcie wyruszyć bezdrożami dalej. Karawana przemieszczała się lasami. Około pierwszej w nocy i w tych stronach słychać śpiewy, śmiechy, bliższe i dalsze szepty. Piszczą ssaki i ptaki upolowane przez żółtobrunatnego puchacza. Nasze wozy wciąż nieśmiało klekocą na osiach i razem z nami kołyszą się jak na huśtawce. Dzieci ze strachu i zimna wciskają się w pierzynę i koce. Dorosłym, na wskutek wypatrywania i lęku, wychodzą oczy z orbit.
Nagle, przed nami stanął mężczyzna z małym synkiem. Szedł do matki, która w samotności umiera.
    - Paniusie, jedźcie w dzień i to ostrożnie – a słowa jego brzmiały jakby ogłaszał koniec świata.
    - Tydzień temu, tu na tej leśnej drodze rabusie zamordowali dwie osoby - powiedział szeptem. Ściszył     
       głos jeszcze bardziej, jakby bał się duchów.
    - Dwa dni temu, na drzewie powiesili młodego chłopca i …ucięli mu ręce, uszy – zamilkł.

    Było zimno, krople deszczu uderzały w plandekę jak w bęben. Nasz obóz wciąż jechał, jechał…
Za drzewami pojawiło się mizerne światełko. To była wieś. Sołtys zaprowadził nas do spichrza i stodoły.
Nazajutrz przed południem rozpoczęliśmy dalszą podróż. Poza lasami, jechaliśmy szosą. Tu, niemal pod każdym drzewem był spalony lub roztrzaskany samochód. Przed nami na polanie opadł samolot. Stał z potrzaskanym opierzeniem górnym i dolnym. Kadłub podziurawiony kulami jak sito, maskowały plamy krwi z naciekami od kabin. Prawy silnik przestawał już dymić, a trymery i lotki wisiały na znak szyderstwa.
Nasza konsternacja zmierzała w pierwszej chwili do płaczu, nie nad sobą, ale nad losem Ojczyzny, matki naszej, której szaty dziś strzępi wszelka hołota. Ale, nie brakuje nam bohaterów!
    - Mamo! - wrzasnął Rysiu silnym głosem po niedawnym spożyciu posiłku. To Junkers!
    - To nasi go tak dorobili! To szwabski, widzisz bandyckie, czarne krzyże i „hakenkreuz” na ogonie? 

    Nieprzychylna ludność na Wołyniu na nocleg nie użyczyła stodoły ani podwórka. Spaliśmy pod płotem z obawą, że i stąd ktoś nas przepędzi. Były już przymrozki, a my pod policyjną peleryną ojca.
Nocą szron zuchwale malował brwi, rzęsy i korkował nos. Rano byliśmy na pół sztywni, a język nie chciał się poruszać. Poranna rozgrzewka polegała na uelastycznieniu ciała, rozpaleniu ogniska i śniadaniu.
   Rysiu, który w maju (1939 r.) ukończył 11 lat w podróży spisywał się jak dorosły. Troszczył się nie tylko o mamę i trzy siostrzyczki. Koniom znosił siano, łodygi kapusty, nać brukwi i wodę. Na drodze nie do pokonania przez konie, razem z mamą pchał wóz zapadając się po kolana w piasku.
    Po południu zbliżyliśmy się do wsi kościelnej, przez którą należało przejechać. W odległości trzystu metrów od naszej drogi ujrzeliśmy bolszewicki tabor. Dopędzili nas! Stanęliśmy patrząc na tych, przed którymi m. in. uciekamy. Czerwona Armia na wesoło wkraczała do Polski. Trzeszczały czołgi, różne samochody, kuchnie polowe i inny sprzęt wojskowy. Wojsko z karabinami „Berdana”, „Mosina”, a nawet „Arisaka”, w czapkach ze szpicami wyglądało, co najmniej śmiesznie. Kilku z nich opuściło tabor i z karabinkami „Mausera”, podeszli do nas.
    - Wy otkuda, kuda i zaczem? Mnogo was!
    - Do was uciekaliśmy przed Germańcem, a jak Czerwona Armia idzie nam z pomocą, to wracamy z wami
      do swoich domów – w pośpiechu, przekazała odpowiedź pani Popławska w języku białoruskim.
    - Da, da, ładno, tolka nasze wajska budut jechać kakije dwa czasa. Wot, możno podażdać – wyjaśnił  
      niezbyt poprawnie.
Usiedli w rowie i śpiewali radośnie „Katiuszę” potem „Jesli zawtra wajna” i „Ciomnaja nocz”. Nagle wstali i pobiegli na pobliską kolonię. Jeden z nich krzyczał na pożegnanie.
    - Doswidania, żyłajem wsiem szczaśliwej piti. – Ich głos zanikł w rzężeniu czołgów.

    Kiedy w obskurnych samochodach z przyczepami minęła nas końcówka taboru, ruszyliśmy za nimi. Dziennikarz śledził krętą drogę na mapie, aby trafić do miejsc zamieszkania, wiezionych przez nas rannych żołnierzy. Po wielu godzinach wjechaliśmy na główną drogę w kierunku Ostrołęki. Po drodze nawiązały się rozmowy z kobietami kopiącymi ziemniaki. Zrozumieliśmy, że nasze cierpienia są niczym do ich rozpaczy.
    - Za jednego zabitego oficera niemieckiego, zabili młodych i starych mężczyzn tej wsi – szlochała.
    - Jadąc przez Czerwony Bór, zwróćcie uwagę na efekty przechodzącego tam frontu.- z płaczem mówiła
      staruszka.
    Niebawem zabudowania Czerwonego Boru zarysowały się na horyzoncie.
Po obu stronach szosy ciągnęły się zbiorowe mogiły. Były jeszcze świeże. Na jednej leżały hełmy niemieckie, na drugiej polskie - napastnika i obrońcy, wilka i baranka. Według ustawicznych zakusów Niemiec i obłąkanego Hitlera - parcia na Wschód „Drang nach Osten”, leżą teraz w sąsiednich mogiłach, wykąpani w sąsiedzkiej krwi. Zdawało się, że ze stosów ciała przykrytego ziemią, z jękiem wydobywają się głosy ludzkie błagające o litość, życie, o światło do nieba.
    Jeżeli z tej zapadłej grobowej ciszy można wydobyć jakąkolwiek naukę, aluzję lub „radość”, to tylko to, że germańskiej rasy hełmów było o wiele więcej. Jednak z tego powodu nikt z nas nie cieszył się. Wokół mogił leżały niemieckie puszki po konserwach i obwoluty czekolad. Dwa zegarki, którymi nikt się nie chciał interesować, leżały obok wzruszających miejsc pochówku.

    W Łomży ze łzami radości powitała nas matka ciężarnej córki, którą z mężem dziennikarzem przywieźliśmy do ich dworku. Tu, po tylu tygodniach tułaczki mogliśmy się czuć jak ludzie. Po polskiej gościnności i myciu ułożyliśmy się do snu.
Rano obdarowano nas prowiantem na drogę, dodano po worku jabłek, gruszek, śliwek i torbę orzechów.
Po przyjacielskim pożegnaniu i prośbą o rewizytę, wyjechaliśmy do Szczuczyna.
 
 Kalendarium dla najmłodszych  

* 13.09.1939 - bolszewicy przecięli zasieki z drutów przy granicy z Polską. Czekali na rozkaz.
* 17.09.1939 - 03:00 nad ranem komisarz ZSRR Potiomkin przesłał pretekst do ambasadora Polski Grzybowskiego, że po ucieczce rządu polskiego, konieczne jest zapewnić obronę Ukraińcom, Białorusinom i ludowi polskiemu od wojny.
* 17.09.1939 - już o świcie, bolszewicy weszli do Polski.
* 17.09.1939 - Marszałek Polski E. Rydz-Śmigły nakazał wojsku nie podejmować walki i wycofać się na Rumunię i Węgry.
* 17.09.1939 - dopiero późnym wieczorem Rząd Polski opuścił kraj.
* 17-20.1939 - Korpus Ochrony Pogranicza bronił umocnionego rejonu Sarny.
* 18-19.09.1939 – broniło się Wilno.
* 20-21.09.1939 – broniło się zaciekle Grodno.
* 22.09.1939 - honorowo poddał się Lwów. Stalin złamał umowę pozwalającą przemarsz oficerów na Węgry i Rumunię. Aresztował i zesłał do Starobielska. Zamordował wiosną1940 r. w Charkowie.
* 30.09.1939 – Samodzielna Grupa Operacyjna Polesie pokonała sowietów pod Milanowem i Jabłonią.
- I rzut na Polskę, to front Białoruski i Ukraiński w liczbie 620 tys. żołnierzy, 4.700 czołgów i 3.300  amolotów. (Prawie dwukrotnie więcej niż miały siły Wechrmachtu we wrześniu 1939.)
- Białorusini witający we wrześniu spontanicznie sowietów, już w listopadzie 1939 r. byli jako pierwsi wywożeni przez Rosjan na Sybir. Mimo to „Głos z nad Niemna” wzywając Polaków do boju ubolewał  nad losem naszym i „zaprzyjaźnionych” wrogów.
 
                                                     Redakcja: Stanisław Orłowski
 

środa, 18 maja 2022

Koncert z okazji Dnia Matki

środa, 18 maja 2022

Wieści z SP nr 1

Komentarze (0)

Dodaj zdjęcie do komentarza (JPG, max 6MB):
Informacja dla komentujących
Redakcja portalu nie ponosi odpowiedzialności za treści publikowane w komentarzach. Zastrzegamy mozliwość opóźnienia publikacji komentarza lub jego całkowitego usunięcia.