ŻNIWA i OHP

aktualizacja: 2016-08-12 22:45:20     nr wiadomości: 29191     przeczytano: 2760     Ilość komentarzy komentarze: 2

ŻNIWA i OHP

 Kolejny sierpień, który nazwę przyjął zapewne od sierpa, podstawowego narzędzia żniwnego w Polsce używanego jeszcze na początku XX wieku. Schylać się wtedy trzeba było za każdym razem aby sięgnąć żyta możliwie nisko przy ziemi. Ile potu wylano po takim dniu i jakże niewiele zżęto przez dzień w porównaniu do dzisiejszej techniki? Lepiej szło już kosą bo w pozycji wyprostowanej no i sięgnięty łan był szeroki. Najpierw zaczynał kosiarz jeden. Przeżegnał się, popluł w dłonie i z szerokim zamachem raz po raz ciął równo posuwając się krok po kroku. Po kilkunastu metrach za nim swój pas zaczynał drugi, potem trzeci itd. Szczęśliwy był gospodarz, który miał kilku synów bo wypadało prosić sąsiadów i później pójść do nich na odrobek. Za kosiarzem szła kobieta albo młodzież jeszcze niezbyt biegła w sztuce koszenia – taka żywa snopowiązałka. Nauczyłem się tego. Jedną wiązkę żyta należy trzymać pod pachną. Koniec wiązało się z wiązką drugą. Na taki długi pas rozłożony na rżysku kładło się naręcza zżętego zboża. Wystarczyło całość ścisnąć, związać i gotowy snopek zostawić na rżysku. Snopki układano w dziesiątki. Po cztery w rzędzie i dwa po bokach. Po kilku suchych dniach dziesiątki zwożono do stodoły. Wyschnięte spokojnie czekały kilka tygodni na młockę. W latach 60-tych były i maszyny ale głównie w preferowanych PGR-ach, mało w biednych gospodarstwach rolnych. Pożyczana od bogatszego sąsiada snopowiązałka kosiła i wiązała snopki sznurkiem, którego co roku brakowało. Dziennikarze mieli o czym pisać a radio Wolna Europa miała słuszny temat do drwin z socjalistycznego rynku niedoborów. Na drogie kombajny młócące na polu stać było garstkę rolników. Niewiele też było Państwowych Gospodarstw Rolnych, które właściwie zarządzane przynosiły dochód. W ogromnej większości dotowane potrzebowały dodatkowych rąk do pracy szczególnie w okresie żniw i wykopków. W ten sposób powstały Ochotnicze Hufce Pracy, rezerwuar niewykwalifikowanej siły roboczej, Każdego roku na żniwa do PGR- ów wyjeżdżały grupy młodzieży ze szkół średnich. Młodocianych pracowników prowizorycznie kwaterowano w świetlicach czy w większych budynkach na okres dwóch tygodni. Oprócz noclegów pracodawca musiał zorganizować stołówkę. Praca fizyczna obejmowała połowę dniówki dorosłego zatrudnionego. Czy to wszystko było opłacalne? Nie ma na ten temat danych. Najważniejsze, że zboże było zebrane. Rekrutacje na OHP czyli „ohap” jak się wtedy miedzy nami mówiło nie ominęły również i grajewskie Liceum. Młodzież na ogół nie uchylała się od tego. Perspektywa nawet niewielkiego, wakacyjnego zarobku była kusząca. Miałem okazję dwukrotnie uczestniczyć w takim obozie. Jak było? No to posłuchajcie.                                                                                                                         
  Pierwszy raz pojechałem na OHP po dziewiątej klasie do PGR Ostrów koło Skomacka Wielkiego w powiecie ełckim. Była to wyspa – PGR o powierzchni 500 ha. Dla młodego człowieka jakaś przygoda, zwłaszcza pod kierunkiem komendantem obozu prof. Ludomira Gronerta. Wyjechaliśmy spod szkoły samochodem ciężarowym pod plandeką w grupie kilkunastu młodszych i starszych chłopców. Na miejscu przydział kwater, kolacja w stołówce i obwąchiwanie kątów. Następnego dnia wcześnie rano pobudka, śniadanie i już o 7.00 krótkie powitanie przez dyrektora Sawasa i przedstawienie brygadzisty. Rosły, krępy mężczyzna w podkoszulce prowadził nas na kilkuhektarowe pole gdzie leżały skoszone przez snopowiązałkę snopki żyta. Ustawialiśmy je w dziesiątki. W ciągu czterogodzinnej dniówki można było się z tym uporać chociaż z każdą godziną snopek dziwnie wydawał się cięższy. Tak było codziennie na kolejnym obszarze kilkusethektarowego gospodarstwa. Gorzej było z upałem. Gdy wracaliśmy z pola spoceni i zmęczeni marząc o kąpieli w pobliskim jeziorze udawałem rześkiego i głośno dziwiłem się, że to już fajrant. Profesor miał chyba niezłą zabawę słysząc gniewne protesty kolegów. Był z nami wszędzie. Organizował pobudkę, pracował i kąpał się. Gdy upał nie zelżał zaproponował dobre rozwiązanie. Mieliśmy przydział ustawienia w dziesiątki 9 ha. Poszliśmy na pole o czwartej rano gdy jeszcze było chłodno o 9.00 było po robocie. Resztę dnia spędziliśmy nad wodą i graliśmy w piłkę. Były i inne rozrywki a wiec szachy i warcaby a nawet pewna ambarasująca przygoda. Prof. Gronert przygotowywał niektórych z nas do zawodów w sportach obronnych. W tym celu ze szkolnej zbrojowni pobrał karabinek sportowy KBKS i amunicję. Jeden z trenujących zawodników wpadł na pomysł abyśmy wybrali się łódką na dzikie kaczki, których sporo latało. Płynęliśmy cicho pod trzciny wreszcie wysoko na tle gasnącego nieba pojawił się cel. Kolega na dziobie wstał i znieruchomiał z kolbą przy ramieniu. Padł strzał, ptak spadł i po chwili byliśmy przy trafionej w głowę zdobyczy. Gratulacje i słowa uznania przerwaliśmy po bliższym obejrzeniu zdobyczy. Kaczka była chronionym kormoranem. Profesor nie zrobił z tego afery, niefortunne trofeum wylądowało w kuchennej lodówce a rano dyrektor PGR także uznał to za pomyłkę. Dowód rzeczowy został zjedzony na obiad, bynajmniej nie przez autora, który z drobiu najbardziej lubi schabowy. Trafiały się sytuację bardziej wesołe. Nasz brygadzista jednego z kolegów, dzisiaj znanego artysty – malarza, wysłał do warsztatu remontowego po… atmosferę. Ubaw był niezły gdy ów sumiennie wykonał polecenie. Zasapany z trudem przytargał wielką, traktorową felgę. Na zakończenie obozu za pracę w PGR Ostrów oprócz wynagrodzenia otrzymałem brązową odznakę OHP. Razem ze mną dzielnie pracowali m.in. Kazik Ferski, Stefan Grzyb, Jarek Józwa, Alek Osada i Adam Stańczyk. A jak pracowali etatowi pracownicy? W czasie młocki doszli do wniosku, że są zmęczeni. Jeden polecił drugiemu aby do młocarni o dumnej nazwie „Major” wrzucić nie rozwiązany snopek żyta. Coś zazgrzytało i maszyna stanęła. Przyszedł mechanik, obejrzał i orzekł, że pękły sprężyny. Wrócił po narzędzia. Później do fajrantu naprawiał. Pozostali leżeli na trawie. Ot, po prostu  gospodarka socjalistyczna.                                                                    
      Rok później zgłosiłem się na OHP w PGR Kozaki pod Gołdapią. Naszym opiekunem był prof. Jan Ciołkiewicz, geograf. Tutaj praca okazała się cięższa. Pracowaliśmy sporo czasu przy omłotach. Na koło zamachowe przy Ursusie zakładano pas transmisyjny połączony z kołem młocarni. Trzeba było nieźle się kręcić aby zdążyć przy obsłudze maszyny i z odbiorem worków z ziarnem. Każdy o wadze 25-30 kilogramów nosiliśmy na trzecie piętro do spichlerza. Tam rozsypywaliśmy na podłogę do wyschnięcia. W Kozakach także nie obyło się bez figlów. Teren wokół PGR był miejscem frontowych walk Wehrmachtu z Armią Czerwoną. Okoliczne pola były nadziane prochem artyleryjskim. Małe kwadraciki tuż pod powierzchnią gruntu można było znaleźć w wielu miejscach. Chłopcy upychali je w kieszenie, układali w kupki i podpalali. Paliły się wydzielając iskierki i trzaski. Ktoś wpadł na pomysł aby zrobić kawał naszemu niezbyt lubianemu brygadziście. Gość niedużego wzrostu z wąsikiem, ze szczególnym upodobaniem ganiał nas do roboty. Było go wszędzie pełno i namiętnie palił Sporty. Jeden z kolegów nafaszerował pokruszonym prochem kilka papierosów i włożył do paczki lekko wysuwając. Wąsik skorzystał z podsuniętego mu ognia. Po dwóch, trzech zaciągnięciach papieros zaczął nagle strzelać iskrami. Wąsik stracił głowę. Kręcił się z nim w ustach zanim wyrzucił. Nie wszyscy byliśmy tym ubawieni. Trochę wystraszeni winowajcy jakoś go udobruchali. Wąsik uznał to za żart i sprawa rozeszła się po kościach.                                                                                                     
  Któregoś wieczoru o zmierzchu idąc pomiędzy zabudowaniami usłyszałem piękny, trzygłosowy śpiew w rosyjskim stylu. Ktoś włączył radio? – pomyślałem. W oknie jednego z pegeerowskich domków siedziały trzy dziewczyny i cudownie śpiewały po ukraińsku lub białorusku. Spytałem co robią w Kozakach? Okazało się, że są z okolic Hajnówki i przyjechały za pracą. Taka była wtedy bieda. Na obozie OHP w PGR Kozaki była żona naszego prof. Ciołkiewicza, poetka Maria Ciołkiewicz i dwoje ich synów: Witek i dzisiaj nasz mistrz ciętej satyry, stały czytelnik moich felietonów, zaprzyjaźniony ze mną Apoloniusz. Myślę, że ma też swoje wspomnienia z tamtych żniw w pegeerze.

Na zdjęciach, które udostępnił mi Florek Czaplicki z Kacprowa żniwa jakie pamiętam ze swego dzieciństwa. Wiązania snopków nauczyłem się w uroczej wsi Niekrasze koło Nowej Wsi Ełckiej u rodziny mojej mamy. Tam właśnie wśród rżyska Tato pokazywał mi opuszczone gniazdka skowronka ze skorupkami po jajkach. Te marcowe zwiastuny wiosny,  ptaszęta Matki Boskiej po żniwach odlatują. Będzie to pierwszy sygnał nadchodzącej jesieni. Ale póki nie ma cieszmy się latem.

                                        Antoni Czajkowski, felieton 27/16 z cyklu „Okruchy wspomnień”

Z tej racji, że autor wspomnień zasygnalizował, iż członkowie mojej rodziny byli obecni na OHP w Kozakach, chciałbym zaprezentować kilka uwag i refleksji, zwłaszcza że jestem jedyną żyjącą osobą z wymienionych tu członków mojej rodziny. Na hufcu byłem raczej kibicem niż uczestnikiem, bo po pierwszym dniu pracy w deszczu zaziębiłem się (mój młodszy brat tak samo) i pan Wąsik naliczył mi tylko jedną dniówkę, a ja zaliczyłem serię zastrzyków… Nawet pamiętam, co robiłem. Rozładowywałem tak zwane makuchy dla krów. Co pamiętam jeszcze z tamtego okresu? Jako absolwent podstawówki (tak, jeszcze siedmioletniej) byłem kilka lat młodszy od uczestników hufca. Oczywiście pamiętam Tolka Czajkowskiego, ale też był tam zdaje się Alojzy Osada. Zapamiętałem jego powiedzenie : „Osada z wami nie gada”. Ktoś, nie pamiętam już kto, zbierał haracz od używania niecenzuralnych słów. Jeden z chłopców (też zapomniałem, kto) ułożył nawet wierszyk na ten temat. Pamiętam do dziś tylko końcówkę: „A potem z macią i bez maci w sklepie za słodkie wino płaci.” Czy ktoś to wino kupował, nie widziałem… Oczywiście, proch wykopywałem i ja, był on w formie kwadracików i ziarenek. Torbę tego specyfiku przywiozłem nawet do Grajewa. I akurat w pociągu przeczytałem napis, że nie wolno przewozić materiałów wybuchowych. I ostatnie wspomnienie. Młodzi ludzie nasypali prochu do rurki, zaklepali, a potem rurkę wrzucili do ogniska. Na szczęście do wybuchu nie doszło, ale czyja to była interwencja, też nie pamiętam. I to by było na tyle. Pozdrawiam serdecznie autora wspomnień…
Napisał: Apoloniusz C. dodano: 2016-08-13 16:16:04

Piekne wspomnienia ;)
Napisał: iGOR dodano: 2016-08-14 14:53:55

Dodaj komentarz

Treść:


Informacja dla komentujących
Redakcja portalu nie ponosi odpowiedzialności za treści publikowane w komentarzach. Zastrzegamy możliwość opóźnienia publikacji komentarza lub jego całkowitego usunięcia.