Czajkowski „Moje podróże”

aktualizacja: 2016-04-20 18:36:44     nr wiadomości: 28160     przeczytano: 1194     Ilość komentarzy komentarze: 0

Antoni Czajkowski. Felieton 11-16 z cyklu „Moje podróże”

BUDDA

     Po tak intensywnym zwiedzania Pekinu nocna podróż pociągiem była jak mgnieniu oka. W sobotę o 8.30 gdy dojeżdżaliśmy do Szanghaju mój Przyjaciel odebrał telefon od żony po czym zakomunikował: Bin będzie czekać na dworcu z dziećmi. Jedziemy nad jezioro. 
Ok! - Skwitowałem to z miną tak oczywistą jakbym to usłyszał tydzień wcześniej. Intrygowało mnie tylko dlaczego nad jezioro mamy jechać aż 150 km? W samochodzie wróciłem do krzyku „Nie wolno!” oficera na Tiananmen. Wydawało nam się, że nie wymieniliśmy z Thadem żadnych zdań po polsku. Bin nie znalazła podobieństwa brzmieniowego w języku chińskim. Jedyny, logiczny wniosek jaki nam się nasunął był taki, że wartujących wojskowych chyba tresują do rozpoznawania narodowości i żołnierz intuicyjnie zareagował wyuczone, polskie ostrzeżenie.


      Przed południem jadąc pięknym highwayem osiągnęliśmy nasz cel podróży miasto Wuxi (czytaj: łuszi). Na moje pytanie o wielkość Jason odpowiedział, że małe, około 3-4 milionów mieszkańców. Dość szybko je przejechaliśmy zatrzymując się przy wielkim rozlewiska. Nad brama wejściową napis po chińsku i angielsku dumnie informował: Narodowy Park Wuxi Lake. Na przystani początek niewiele ludzi, nieliczne statki w rejsie. To początek sezonu. Prywatnie wynajętą, kabinową motorówką w kilkanaście minut dotarliśmy na daleki, przeciwległy brzeg. Widok dojazdowy ukazywał szczyt góry gęsto porośnięty lasem liściastym. Spośród zieleni wyglądał łukowaty dach świątyni buddyjskiej. Wspinając się piaszczystą ścieżką w pół godziny byliśmy na jej dziedzińcu. Po raz pierwszy zobaczyłem modlących się tubylców. Jakaś kobieta kupiła wiązkę długich świec. Długo rozpalała je z boku w ogniu i podeszła na środek do wielkiego, mosiężnego imbryka. Uniosła je do góry i zrobiła pokłon na cztery strony świata. Czy tak? – zdawała się pytać przyglądającej się ceremonii siostry. Tamta skinęła głową. Wiązkę jeszcze chwilę potrzymała i wrzuciła do imbryka. I to był cała ceremonia, której przyglądał się w pobliżu bez szczególnego zainteresowana młody, ogolony na zero mnich. Po zejściu że świątynnego wzgórza nad brzegiem jeziora mijaliśmy płaskorzeźbę z dwoma sercami. Na okalających symbol łańcuchach mnóstwo kłódek. Młody Chińczyk rozkrzyżował pośrodku na łańcuchach ręce do pamiątkowej fotografii. Dalej jakaś struga, fikuśny mostek, karłowate drzewka. Robiło się zimno. Taką samą motorówką powróciliśmy. Pora na lunch. Po dłuższych poszukiwaniach znaleźliśmy część gastronomiczną przy parkingu: kilka barów i restauracji. Ktoś zarekomendował restaurację na rogu ulicy. Z ulgą zgłodniali grzecznie usiedliśmy przy wolnym stole. Lokal niestety miał tylko menu drobiowe. Ze względu na moją awersję do wszystkiego co ma pióra i biega po podwórku opuściliśmy całkiem przyzwoite miejsce. Co oni tak się uparli z tą drobiową specjalizacją – mruczę na wpół do siebie ? Na szczęście tuż obok był drugi przybytek sztuki kulinarnej. Weszliśmy z wiarą, że bardziej pluralistyczny. Gości niewiele, wybieramy większy stolik pod oknem. Nie spodobało się to obserwującym nas kelnerkom. Odmówiły przyjęcia zamówienia warunkując obsługę tylko przy stoliku wskazanym przez nich. Z bezrozumnym uporem wskazywały na stół, który ich zdaniem był dla nas właściwy. A my? Rozsmakowani w życiu, w którym wolność wyboru jest fundamentem wzruszyliśmy ramionami i poszliśmy do jadłodajni kolejnej, nie ukrywam cokolwiek zirytowani. I tu była zdecydowana zmiana. Na gorsze. Pod prostym, logicznym hasłem „Nie, bo nie!” kelnerki nie pozwoliły nam połączyć dwóch stolików. W ten sposób po blisko godzinie cierpliwego traktowania głupoty, która występuje pod każdą szerokością geograficzną i bez względu na rasę, nasze żołądki poczuły pierwsze tzw. bóle głodowe. Byłem gotów wcinać suchy chleb z wodą aby nie kaczkę, kurę, gęś itp. Najbardziej było szkoda dzieci: Hannah i Julien. Bin i Thad zaczęli poszukiwać chociażby baru mlecznego dziwiąc sie, że nikt tu nie chce od nich pieniędzy. W końcu wypatrzyli jakąś wiekową jadłodajnię. Obrusy pod szkłem jak w grajewskiej „Mimozie”. Brakowało jeszcze lemoniady w butelkach z korkiem na zacisk. Przy ladzie pewny siebie jegomość po 50-tce. Z papierosem w ustach przyjął od Bin zamówienie i z łagodnością japońskiego żołnierza z filmu Kurosawy coś poprzeklinał dwóm, cienkim kuchcikom. Zmiotło ich natychmiast. Z tej szybkości drzwi do kuchni zostawili otwarte a mnie nagle zebrało się na rozważanie o muchach i innych latających, chińskich paskudztwach. Szef był rozmowy. Do gości siedzących w najdalszym kącie dopowiedział też coś tak miłego, że miałem chęć ukrycia się pod stołem. Po chwili przed naszymi głodnymi oczyma pojawiły się małe miseczki. Puste??? Nie denerwuj się! – wmawiam sobie. Zaraz doniesiono wazę z płynem o barwie szarego barszczu z pływającym czymś tam. Mój wzrok nie wiem dlaczego wstrzymał akcję żołądka a w głowie rozum dokuczał, że mam pecha. Rzuciłem się na pierożki z mięsem. Baranina!!! Czekam cierpliwie na zamówioną dla mnie wieprzowinę. Coś niosą! Jest! Cie diabli! Znowu mała miseczka. W brązowym sosie grudki mięsa. Czy te Kitajce nie wiedzą co to normalny schabowy? – Thad nie słucha zajęty swoją miską. Proch wymyślili a tego nie znają? Nawet ryżu nie podali. Są dwie pałeczki. No dobrze. Już tak jadłem. Biorę pierwszy kawałek a on złośliwie wchlapuje się z powrotem. Za trzecim razem korzystając, że wszyscy bardzo zajęci zgrabnie chwytam drgania palcami i szybko w głodne usta. Cholera!!! Malo paskudztwa nie wyplułem. Filet z kości w sosie własnym! Przy następnych kawałkach pracowicie wydłubywałem pałeczkami z kostek resztki mięsa ale do czasu aż się nie zbuntowałem. To ja mam jeszcze walczyć z jakimś opornym, chińskim świniakiem? Odstawiłem pobojowisko. Kochany Thad widząc, że się bohatersko poddałem kupił mi za ścianą w sklepie coś co przypominało chleb. I dopiero tą „gliną” jakoś żołądek oszukałem. 


    W drodze powrotnej była atrakcja, która pozwoliła o gastronomii w Wuxi Lake zapomnieć. Zjechaliśmy z highwayu w prawo i pół godziny później Jason wskazał na punkt pomiędzy dwoma wzniesieniami. Rzucił jedno słowo: Budda! Na tle nieba już z daleka rysowała się ogromnych rozmiarów figura. Jeszcze kilka kilometrów serpentyną i znaleźliśmy się w Wuxi Budda, centrum religii buddyjskiej. Bilety wstępu uprawniały do wejścia na wielohektarowy teren z fontannami, posągami i obiektami sakralnymi. Daleko na końcu przytłaczał swoim ogromem Złoty Budda. Postanowiliśmy dojść do samej statui. Dla Thada i dla mnie to był trzeci dzień intensywnego poznawania chińskiego świata. Przed nami był kawał drogi do monumentu i daleko jeszcze widać było rzędy schodów. Jesteśmy zmęczeni ale idziemy. Po lewej minęliśmy oświetloną na czerwono księgarnię ze świętymi zwojami i książkami. Nie zważając na ciemniejące niebo przechodzimy przez kolejne dziedzińce, place, świątynie, fontanny, pomniki, kamienne kwiaty lotosu. Dziwne wrażenie robi wystający z ziemi pomnik - dłoń wielkości człowieka. Błogosławiąca? Pozdrawiająca? Kolejne kilkaset metrów i jesteśmy przy tybetańskim miejscu modlitwy. Szereg pionowych walcowatych bębnów z inskrypcjami obracają dłonią przechodzący ludzie i jest to taka forma łączności z ich Bogiem. Jednym ze stojących przy bębnie jest młody człowiek w koszulce z wizerunkiem Che Guevary na plecach. Nosi się jak wielu naszych młodocianych bezmózgowców. Pewnie nie ma pojęcia, że ich idol, absolwent paryskiej Sorbony i lekarz w imię dobra dla ludzkości  zamordował wiele tysięcy ludzi. Sytuacja w takim miejscu tragikomiczna i symboliczna. Zderzenie świata azjatyckiej transcendencji ze światem kolejnej, obłąkanej idei budowania raju na Ziemi z butnym pominięciem Boga. Za to z udziałem odwiecznego wroga człowieka. Wokół zapewne celowo karmione liczne gołębie, jak na Rynku w Krakowie. Zaczęło padać. Julien i Hannah szybko wrócili ze sklepu z żółtymi, przeciwdeszczowymi pelerynami. Gdy posąg Buddy był coraz bliższy, ale gdy już był na wyciągnięcie ręki przed nami wyrastał kolejny dziedziniec i znowu brama, świątynia. Po minięciu szerokiej jak mur płaskorzeźby w końcu ukazał się w górze w całej okazałości. Niestety, do jego stóp było jeszcze do pokonania siedem lub osiem pasm schodów, każde po 30 stopni. W gęstniejącym deszczu z uporem pielgrzymów wspinaliśmy się coraz wyżej. Jeszcze jedna Świątynia i nareszcie z boku wejście do podstawy monumentu. W środku muzeum. Naczynia ofiarne, rzeźby, figury kamienne, sklepy z pamiątkami i biżuterią. Z muzeum wąski korytarz pod gorę wyprowadził nas nareszcie wprost pod nogi Buddy. Wokół nich szeroka platforma widokowa. W padającym deszczu jednak widać góry. Spoglądamy przez balustradę na schody i na drogę, którą pokonaliśmy. Pełna satysfakcja. Oprócz nas dotarło jakieś małżeństwo. Kobieta że czcią ucałowała palec posągu. Mężczyzna tylko poklepał. Położyłem rękę na wielkim jak bochen chleba paznokciu figury. Uczucie jakbym zdobył szczyt Kilimandżaro. Kilka zdjęć i schodzimy po nierówno położonych stopniach. Żadnego wypoziomowania, ani kanałów odwadniających. Niestety, to nie Mur Chiński. Nogi mokre. Sytuację uratowała Bin. Na parking dowiozła nas specjalna akumulatorowa „furmanka”. Po drodze pod dachem przy jakimś hotelu zmieniłem przemoczone rzeczy. Wyprawę do Wuxi Lake i Wuxi Budda zakończyliśmy wieczorem w szanghajskim Lakeville Regency w ulewie. W apartamencie moich gospodarzy było sucho i przytulnie.                                                                                                                                            
     Powrócę jeszcze do świątyni Buddy. Moim zdaniem to miejsce zbudowano nie tyle dla wiernych co pod turystów. Osób zachowujących się jak pielgrzymi widziałem niewiele. W skomunizowanym, ateistycznym chińskim świecie obecność tu tubylców wynika raczej z chęci zadośćuczynienia zeświecczonej tradycji niż wiary w transcendencję. Jak wigilijny opłatek lub wielkanocne śniadanie w niejednym, polskim domu.  


     Ta wycieczka było ostatnią, wartą opisania. Za kilka dni po wieczornej przejażdżce w centrum Szanghaju statkiem po rzece rozświetlonej neonami odleciałem do Polski via Paris. Na lotnisku w Paryżu była granica z UE. Nie mogłem powstrzymać się od uśmiechu widząc żandarmów identycznych jak w komediach filmowych z de Fines. Odruch bezwarunkowy. 
    Zdjęcia dokumentują treść. 

                                                                                   Antoni Czajkowski

 

Archiwum felietonów

Dodaj komentarz

Treść:


Informacja dla komentujących
Redakcja portalu nie ponosi odpowiedzialności za treści publikowane w komentarzach. Zastrzegamy możliwość opóźnienia publikacji komentarza lub jego całkowitego usunięcia.