"Okruchy wspomnień" 43/16

aktualizacja: 2016-12-05 22:54:25     nr wiadomości: 30243     przeczytano: 2431     Ilość komentarzy komentarze: 3

Antoni Czajkowski, felieton nr 43-16 z cyklu „Okruchy wspomnień”

                  

BIG GEORGE

       
  Pod koniec lat 60. na jednym z dancingów w grajewskiej restauracji "Jagienka" do stolika orkiestry podszedł blisko dwumetrowy osobnik  - Chłopaki. Jestem Jurek Karwowski. Pochodzę spod Grajewa. Chciałbym z wami zagrać!  Spotkaliśmy się po raz pierwszy. Była okazja poznać się osobiście. Wiele razy słyszeliśmy to nazwisko zapowiadane przez radiowego spikera jako solisty na saksofonie sopranowym Poznańskiej Piętnastki Radiowej. Niespodziewany gość trzymał klarnet, który w jego dłoniach wyglądał jak badyl. Krótkie uzgodnienie co gramy i w jakiej tonacji. Weszliśmy na podium dla orkiestry. Kazik Glinka dmuchał niecierpliwie w ustnik trąbki. Tadek Zawistowski nawet nie spojrzał na akordeon. Od razu chwycił za kontrabas. Janek Zalewski spokojnie zapinał pasek z saksofonem tenorowym. Wiesiek Ziółkowski już siedział za bębnami i niecierpliwie nadsłuchiwał nabicia tempa. Zostawiłem to tak znanemu w Polsce artyście...
 

  Później przez ponad dwadzieścia lat nie widzieliśmy się. Każdy z nas poszedł swoją drogą. Kilka lat później jego brat Stefan wykształcony, zdolny perkusista przez jakiś czas współpracował z grajewską szkołą muzyczną grając w prowadzonym przeze mnie big bandzie. Na początku lat 90 – tych ponownie spotkałem Jurka na koncercie w białostockiej Filharmonii. Grał na saksofonie altowym jako solista z Orkiestrą Symfoniczną. Robił show. Rozśmieszał widownię muzycznymi gagami tocząc zabawny dialog z publicznością.. Później zetknęliśmy się na jednym z Festiwali Muzyki Uzdrowiskowej w Polanicy Zdroju, gdzie każdy wystąpił ze swoim programem. Jerzy od wielu lat grał na amerykańskich, wycieczkowych liniach oceanicznych. Za jakiś czas zdobyłem płytę z jego nagraniami z Łomżyńską Orkiestrą Kameralną. Dwa lata temu spotkaliśmy się w Grajewie. Jurek zapowiedział, że kończy swoją karierę artystyczną i wraz z żoną Kasią sprowadza się z Poznania do Kołak k. Rydzewa, do domu po swoich rodzicach.

  I oto kolejna godna felietonu postać z naszych stron, wzór dla dzisiejszych pokoleń. Chłopak ze wsi dalekiej od centrum kultury, który wyrósł na artystę międzynarodowego formatu. Talent do muzyki jak każda inna szczególna zdolność to podstawa, fundament. Reszta zależy od posiadacza owego daru i nie ma litości. Jeśli nie zainwestujesz w to co otrzymałeś ciężkiej, wieloletniej harówy to będzie tak jak w Ewangelii, jakbyś swój talent  zakopał w ziemi. Początki w muzyce Jurek miał trudne. Nie chciało mu się uczyć muzyki i basta. Wolał zostać mechanikiem, naprawiać motocykle i samochody. Na szczęście Jego tata nie chciał o tym słyszeć. Sam nieźle grał na skrzypcach i na akordeonie, przyuczył swego syna do grania na ucho na obydwu instrumentach i… pewnego dnia w 1962 roku wsadził chłopaka do pociągu i zawiózł do Państwowej Szkoły Muzycznej w Ełku. Do nauki wybrano mu klarnet. Instrument okazał się trafiony. Jego pierwszym nauczycielem był Włodzimierz Zubkow, który muzyczne wykształcenie zdobył jeszcze w carskich czasach. W 9 Pułku Strzelców Konnych jest odnotowany jako kapelmistrz wojskowej orkiestry dętej regulaminowo określanej jako Pluton Trębaczy. W pierwszych, powojennych latach uczył w grajewskim LO im. M. Kopernika. Zachowały się jego zdjęcia z gronem pedagogicznym i ze szkolną orkiestrą. Pana Profesora zdążyłem osobiście poznać gdy w tamtych latach także dojeżdżałam do ełckiej szkoły na akordeon. Kilka lat wcześniej naukę na klarnecie w klasie prof. Zubkowa pobierał Lucjan Czaplicki z Kacprowa, brat trębacza Florka. Lucek trafił później do Liceum Muzycznego w Gdańsku. Tam grał w znanym w kraju zespole dixielandowym „Flamingo” po czym wyjechał do Finlandii, gdzie mieszka i pracuje jako artysta do dzisiaj. Czy starszy Lucjan, o którym nie tylko wśród grajewskich muzyków było już wtedy głośno, zdopingował do nauki młodego Karwowskiego? Jest faktem, że Jurek przez kilka lat z samozaparciem dwa razy w tygodniu dojeżdżał wąskotorówką z Kopijek do Ełku. Do rodzinnych Kołak powracał nocą. Po W. Zubkowie młodego adepta przejął prof. Marian Ring co prawda flecista ale takie to były czasy, że o muzyków - pedagogów było bardzo trudno. I znowu szczęście a właściwe nie przypadek, bo w życiu nie ma przypadków, zadecydował o dalszej drodze chłopaka. Prof. Ring pochodził z Poznania. Widząc u Niego smykałkę do muzyki skierował go tamtejszego Liceum Muzycznego. W stolicy Wielkopolski Jurek skończył także studia muzyczne i trafił do słynnej orkiestry Zbigniewa Górnego, skupiającej najbardziej utalentowanych artystów, takich którzy z równą swobodą grają klasykę i rozrywkę. Myślę, że drugim talentem, który zadecydował o karierze mego bohatera jest Jego wrodzona vis comica. Jurek bawi publiczność i wywołuje śmiech nawet gdy tylko ruszy wąsem. Nic dziwnego, że jako znakomity artysta trafił na największe linie amerykańskich, oceanicznych wycieczkowców i zrobił międzynarodową karierę jako showman – multiinstrumentalista pod pseudonimem Big George. Nalatało się chłopisko samolotami po wszystkich kontynentach, napływał się chyba po wszystkich morzach i oceanach. Koncertował w wielu krajach świata, także w Polsce. Towarzyszyły mu orkiestry symfoniczne, taneczne, big bandy, zespoły instrumentalne i akompaniatorzy pianiści. Jako solista partnerował wielu wybitnym polskim wykonawcom, m.in. Zb. Wodeckiemu na flecie prostym. Wieloletnie podróże po świecie, utrzymanie formy na kilku instrumentach to spory wysiłek. Jak mi powiedział, po latach zaczęło go to męczyć a życie jest krótkie.  Czuje się artystą spełnionym. Co miał do powiedzenia na instrumencie już wszystko powiedział i definitywnie zakończył karierę.                                                                                     
   Jurek z rozbawieniem wraca do przeszłości. Z rodzinnych Kołak do Poznana jest 550 km. Mieszkał w internacie Liceum Muzycznego z młodzieżą z okolic jako jedyny z tak odległej miejscowości i miał ksywę „Katiusza”. Koleżanki i koledzy pytali czy w Jego stronach ludzie śpią na piecach? Wkrótce zorientowali co ich kolega z daleka potrafi na instrumencie i żarty się skończyły, Jurek został zaakceptowany. Nie mogło być inaczej. Jako 16-latek grał że starszymi studentami Akademii Muzycznej w klubach studenckich. W środowisku Poznania był bardzo lubiany i popularny jako człowiek z kresów.

  Jerzy Karwowski vel Big George czuje się lokalnym patriotą. Podlasie i ojcowizna to Jego ukochane miejsca i … znowu nie opuściło Go szczęście. Jego żona Kasia, rodowita Poznanianka, lekarz – naukowiec jeździła z wykładami po świecie i też postanowiła dać się z tym na spokój. Ukochała nasz region, szczególnie okolice Grajewa. W Kołakach oboje wybrali ciszę, spokój, ogród, wodę, ryby. Mają miłych sąsiadów zachowujących się jakby ich nie było. Jurek woli majsterkować niż chwytać za instrument. W dobie komputerowej być dobrym instrumentalistą nie jest takie proste – mówi – lepiej jest słabo śpiewać niż dobrze grać. Często miewałem owacje na stojąco. Myślę, że moje granie dawało ludziom wiele radości, przeżyć, wzruszeń...
  Tamtego wieczoru na dancingu „Jagienka” jak zwykle miała komplet spragnionych dobrej zabawy imprezowiczów. Z Jurkiem Karwowskim graliśmy radosny, porywający na parkiet dixieland. Za sprawą jego elektryzujących improwizacji rozpoczęło się taneczne szaleństwo. Powszechny aplauz, emocje, brawa i okrzyki o bis długo zatrzymywały Gościa na podium. Było tyle szczęścia... Czy uda mi się namówić Big Georga, aby chociaż raz wystąpił ze swoim show w Grajewie? Tego nie wiem, ale jak grał na różnych scenach świata mogą przekonać się sami czytelnicy. Wystarczy wejść na poniższe linki. Życzę dobrej zabawy. 
  
Wszystkim wątpiącym w sukces młodym ludziom, wszystkim mającym kompleks małomiasteczkowości powtarzam: kim będziesz w życiu zależy najbardziej od ciebie samego. Najmniej od miejsca urodzenia, najwięcej od pracy nad sobą. 

   Maestro Jerzemu Karwowskiemu bardzo dziękuję za istotną wiedzę przy pisaniu tego felietonu i za zdjęcia, których ma mnóstwo na Facebooku.

                                                                                 Antoni Czajkowski

 

Archiwum felietonów

 
 
  - 2. Studniówka 1969   - 3. Solista na saksofonie sopranowym   - 4. Klarnecista   - 5. Z kabaretem TEY   - 6. Dom rodzinny w Kołakach   - 7. Z Benonem Hardym na organach   - 8. Z Rudi Szubertem   - 9. New York   - 10. Na Karaibach   - 11. Na Times Square, New York     - 14. Z orkiestrą Symfonia Baltica   - 15. Kopalnia Soli, Kłodawa 2013   - 16. Zamek Rydzyna, koncert Noworoczny 2015   - 17. Z saksofonem tenorowym    - 19. Z orkiestrą w pałacu Trzebosz   - 20. Z Waldemarem Malickim

Doskonały muzyk (klarnet,sax tenor,alt.Miałem okazję zagrać z Jurkiem kilka chałtur w latach 70-siątych i miałem okazję go dobrze poznać.Świetny muzyk i cudowny człowiek.
Napisał: Kazimierz G. dodano: 2016-12-07 19:37:43

Dzięki Kazik----wspaniale się z Tobą grało---jako trębacz---wspaniaa stylowość gry no i Znakomity Kolega----pozdro........z poważaniem J. Karwowski.....
Napisał: jerzy dodano: 2016-12-17 19:56:30

Przyznaję że felieton jest wirygodny......
Napisał: jerzy dodano: 2016-12-18 14:53:53

Dodaj komentarz

Treść:


Informacja dla komentujących
Redakcja portalu nie ponosi odpowiedzialności za treści publikowane w komentarzach. Zastrzegamy możliwość opóźnienia publikacji komentarza lub jego całkowitego usunięcia.