Od New York do San Diego (4)

aktualizacja: 2015-11-14 17:37:07     nr wiadomości: 26749     przeczytano: 2350     Ilość komentarzy komentarze: 4

OD NEW YORK DO SAN DIEGO, cz. 4


              Kolejną wycieczkę moi wspaniali gospodarze zafundowali bardziej romantyczną. Kilka godzin jazdy samochodem wzdłuż wybrzeża Pacyfiku miało swój urok. Po drodze krajobrazowe punkty widokowe. Jeden z nich nad stromym urwiskiem. Za plecami pomrukiwanie samochodów, przed nami bezkresne lustro Oceanu Spokojnego, który wcale nie był spokojny. Kilkanaście metrów niżej ocean huczał i pienił się ze złości. Wielkie fale gwałtownie atakowały brzeg. Wśród kamieni i piasku biało od piany. Dobrze, że to dzikie i niebezpieczne miejsce było trudno dostępne dla ludzi. Porywisty wiatr wznosił zapach oceanu aż na naszą wysokość. Nozdrza wyłapywały woń słonej wody i ryb. Staliśmy kilka minut patrząc na ten widok jak zahipnotyzowani. Powróciło, tak jak przy sekwojach, uczucie kruchości ludzkiego żywota wobec sił i możliwości przyrody. Za godzinę byliśmy w miejscu , o którym Tony Bennett śpiewa w piosence „I left my heart in San Francisco...”. Wypłynęliśmy statkiem na wielką zatokę. Stałem na rufie i patrzyłem jak urzeczony. Budynki przystani i miasta otulone mgłą, ale za kilkanaście minut tuman zaczął podnosić się do góry. Jakby ktoś tę kurtynę stopniowo odkrywał. Najpierw wznoszące się strzępy waty wyłoniły fragmenty najbliższych zabudowań przystani, później ściągany niewidzialną ręką mleczny całun odsłonił czar ciasnych, przyległych uliczek. W świetle pojawiającego się słońca ostatnie białe kłaczki szybko znikały. Przed oczyma, pod trzepoczącą flagą z pasami i gwiazdami, wyłoniła się przepiękna panorama miasta na wzgórzach. Co za wspaniała okazja do zdjęć. Wokół słyszałem pstrykanie migawek i półgłosem wymieniane wrażenia. Później płynęliśmy obok wysepki Alcatraz z budynkiem byłego więzienia, w którym w latach 30-tych ub wieku wyrok odsiadywał słynny chicagowski gangster Al Capone. Głównym celem mego przyjazdu do miasta nad zatoką był jednak legendarny Golden Bridge, most z konstrukcją na linach nad cieśniną Golden Gate łączącą zatokę San Francisco z Pacyfikiem. Znałem go od zawsze. Wisiał w kuchni naszego mieszkania na ul. Kilińskiego. Kolorowy, panoramiczny widoczek, pamiątka po dziadku Władysławie, budził moje pierwsze, dziecięce zaciekawienia światem. Piękny, opleciony dwoma rzędami lin, zdawałoby się lekki, jak zawieszony w powietrzu. Postanowiłem przejść go w obie strony. Cała konstrukcja wibruje pod stopami od przyjeżdżających aut. Nie dowierzam. Teraz widać jak są olbrzymie przęsła. Jezdnia ma po dwa pasy ruchu w jedną i w drugą stronę. Samochody pędzą. Zatrzymuje się. Chwytam jedną ze stalowych lin. Każda pleciona i gruba jak moja ręka. Poruszam energicznie. Z początku nie poddaje się. Sięgam wyżej. Zaczyna drgać. Za paręnaście sekund?... Niewiarygodne!... Czuję pod stopami drgania chodnika!!! Nie! Nie! Wystarczy. Natychmiast zakończyłem doświadczenie. Idę dalej ale już nie tak pewnym krokiem. Rozum niby wie swoje ale strach swoje. Na środku mostu ostrożnie wyglądam zza poręczy w dół. Boże! Widok jak z samolotu. Strach się wychylić. Słyszałem, że z tej wysokości żaden samobójczy skok nie skończył się dla desperata dobrze. Majaczy maleńki żagielek windsurfera. Nie słychać tylko widać jak rozcina pomarszczoną powierzchnię wody. Pomarszczoną? Teraz dostrzegam przesuwające się w jednym kierunku regularne białe rzędy piany i olbrzymie fale. W dali Alcatraz i dobijająca do przystani łupinka statku turystycznego. Holownik ciągnie jakąś barkę. Z ulgą odrywam głów od tej przepaści. Marsz w obie strony zajął mi sporo czasu. Zaliczyłem kolejne, niezwykle przeżycie. Zapada zmierzch. Wieczorny spacer po dawnej przystani rybackiej Fisherman’s Wharf. Wśród leniwie poruszającego się tłumu atmosfera jak na sopockim „Monciaku”. Liczne stragany, hoteliki, kafejki i grupka pełnych humoru malarzy oferujących za jednego dolara (!) karykaturę. Taki artysta robi to w minutę. Każdy z nich przygotował sobie wcześniej plik półfabrykatów. Na każdym  gotowa, skacząca z mostu sylwetka. Wystarczy dorysować klientowi odpowiednio dużą głowę. Miałem cenną pamiątkę. Powoli zachodzi słońce. Jeszcze kolacja w pobliskiej restauracji i pora wracać. A za kilka dni… podróż następna do Meksyku i powrót do USA, do położonego dokładnie na granicy San Diego.                                                                                                                                                    
      Meksyk znałem tylko z westernów. Kojarzył mi się z biednymi mężczyznami odzianymi w barwne koce i w sombrero na głowie. Co teraz zobaczę? Z Los Angeles do San Diego to niespełna 200 km. Stamtąd do granicy zaledwie kilka kilometrów. Przed samą granicą zaintrygował mnie dziwny znak drogowy: na żółtym trójkącie sylwetka biegnącej matki z dwojgiem dzieci. Nietrudno było odgadnąć: Uwaga! Nielegalni emigranci. Coś w rodzaju unikatu polskiego: „Uwaga! Jezdnia – naleśnik!”. Bez przeszkód znaleźliśmy się po meksykańskiej stronie na dzikiej plaży. Po raz pierwszy kąpałem się w ciepłym Pacyfiku z niespodzianką. Wyjątkowo duże fale usuwały piasek spod moich stóp i chciały koniecznie porwać na głębię. W pewnym momencie, wbrew swoim zamiarom, zdany byłem tylko na łaskę wody. Z niepokojem trzepotałem się w kierunku brzegu. Szczęśliwie uniknąłem paniki. Nabierałem powietrza, instynktownie szukałem dna i parłem w jedną, możliwą stronę. Ochłonąłem gdy woda sięgała mi do pasa zalewając pianą głowę. To nie było przyjemne. Ocean to nie Bałtyk. Po drodze dotarliśmy na urwisko La Bufadora. Kilkadziesiąt metrów niżej wściekły Pacyfik atakował piaszczysty brzeg i znowu czułem ten charakterystyczny zapach wody. Tuż blisko za nami mijaliśmy aleję straganów. Takich samych jak na polskim, małomiasteczkowym odpuście. Nawet towar niewiele się różnił: muszle, rozgwiazdy, drewniane zabawki, baloniki, świstawki. Po krótkim czasie dotarliśmy do pobliskiego miasteczka. Dominowała drewniana zabudowa. Widok jak z filmu kowbojskiego. Wizyta w sklepie pamiątkarskim, prezent od Thada w postaci oryginalnego kalendarza Azteków, przymiarka do sombrero, tortilla z tequilą w oryginalnym, otwartym na dachu budynku barze i powrót wieczorem do hotelu w San Diego. Przy powrotnym przekraczaniu granicy przeżyliśmy oblężenie. Sznur wolno poruszających się samochodów opletli biegający wokół Meksykanie. Wszyscy oferowali wiklinowe kosze na brudną bieliznę. Im bliżej granicy tym taniej. Trudno było się od nich odczepić. Następnego dnia słynne na cały świat SeeWorld - zespół mniejszych i większych basenów z cyrkiem zwierząt morskich, przy którym festiwal sztuki cyrkowej w Monte Carlo wydaje się być mało interesującym widowiskiem. Usiądźmy sobie teraz wygodnie wśród paru tysięcy ludzi na otwartej widowni nad wielkim basenem. Triumfalna muzyka i podniecony głos spikera zapowiada mrożące krew w żyłach przedstawienie. Na początek zabawa z delfinami. Najpierw skoki, skoki synchroniczne parami a późnej jazda treserów na nich, jak na koniach. Obie strony traktują to jako zabawę. Aplauz wzbudzają pary delfinów płynące obok siebie. Stoi na nich jeździec z lejcami przymocowanymi do kół nałożonych na pyski. Parada trwa cały czas pod muzykę z głośników. Delfiny posłusznie wysadzają „furmana” na brzeg. Nagrodzone rybami odpłynęły. Chwilą przerwy. Znowu głos anonsujący następny numer programu. Otworzyły się podwodne wrota sąsiedniego basenu. Przy dźwiękach innej muzyki wpływa olbrzymia orka. Skacze w górę robiąc nieprawdopodobne ewolucję. Każde powrotne plaśnięcie wywołuje fontannę kilkunastu ton wody. Imponujący widok. Druga orka chwyta rzuconą na pysk dużą piłkę. Triumfalnie, płynie z nią w pozycji pionowej wokół basenu. W pewnym momencie orki grają w piłkę ze stojącym na brzegu trenerem zgrabnie odbijając. Po tej zabawie mężczyzna i kobieta rzucają się do nich do wody. Obydwa wieloryby opływają ich delikatnie i pozwalają na wszystko. Widać że są ze swoimi opiekunami w przyjaźni.  Treserka chwyta zwierzę za płetwy i po nich wchodzi na grzbiet. Orka z dumą obwozi ją na grzbiecie wokół basenu. Jazda jest dość szybka. Rybie przysmaki jako nagroda i teraz spiker ogłasza finał finałów. Znowu inna muzyka. Ludzie patrzą jak zahipnotyzowani. Treser dostaje się na grzbiet orki, wstaje i posuwa się w kierunku pyska. Ta się powoli prostuje aby nie zrzucić swego jeźdźca. Za moment trzyma go w pionie na czubku głowy poruszając się na ogonie. Jak cyrkowiec trzymający na czole piłkę. Grzmot oklasków kończy niezwykłe widowisko na niezwykłej arenie.   
        Nawet nie przypuszczałem, że za pół godziny zobaczę jeszcze coś bardziej ekscytującego. Oto niewielki basen z drobnymi ssakami morskimi. Po kilku popisach, jazdach, zabawach fok i morsów znowu finał finałów. Teraz, drogi czytelniku, usiądź sobie wygodnie. Zaraz opadnie co z wrażenia szczęka. Mamy miejsce blisko owalnego basenu otoczonego półtorametrowej wysokości grubym, plastikowym ogrodzeniem. To taki płot oddzielający np. bliskich sąsiadów: człowieka i fokę. Do ogrodzenia podchodzi znajomy i woła swoją sąsiadkę. Po chwili tamta wynurza się z wody i wdrapuje się na chodnik przy ogrodzeniu. Oboje jak starzy przyjaciele witają się uściśnięciem płetwy i ręki. Chyba dawno się nie widzieli bo oparci o płot przez kilka chwil gwarzą sobie beztrosko, każde w swoim języku. Treser o coś pyta, foka mu odpowiada. To było tak naturalne, że miałem wrażenie rzeczywistej rozmowy. Coś fascynującego. Czy nie jest to ciekawsze od cyrkowej gali w Monte Carlo?                                                          
      I jeszcze jedno przeżycie pod koniec mego pobytu w Kalifornii. Thad kupił bilety na koncert w Hollywood Bowl, amfiteatralnej sali koncertowej na dwanaście tysięcy miejsc pod gołym niebem.  Czytam wykonawców, ale gratka. Oczywiście, że jedziemy! Za poł godziny siedzimy wysoko w jednym z ostatnich rzędów. W dole przed muszlą loże dla VIPów. Stoliki, białe obrusy, uwijają się kelnerzy…. Tam miejsce kosztuje 120 dolarów - słyszę głos przyjaciela. Koncert symfoniczny połączony z konsumpcja? To normalne w amerykańskim show business ale klasyka też z gastronomią? Kilka lat później byliśmy z Żoną na koncercie New York Philharmonic w Lincoln Center pod dyrekcja Kurta Masura. Była tam europejska sala koncertowa, rzędy foteli, bez stolików i nocnych lampek. No, ale to była tradycyjna filharmonia.                                                                                                                                                        

Patrzę w niebo. Cumulusy. Idealna pogoda. Nie jest upalnie i nie będzie deszczu. Prawie cały Spodek pełen ludzi. Blisko dwanaście tysięcy. Z niedowierzaniem sprawdzam. W Polsce na dużą widownię może liczyć tylko koncert rockowy albo discopolowy… Wreszcie wchodzi orkiestra. Muzycy stroją się, kilka stuknięć smykiem koncertmistrza w pulpit… Robi się cisza… Wchodzi dyrygent i natychmiast witają go brawa. Jest! Sam, we własnej osobie Bobby McFerrin!...I znowu cisza… Artysta podszedł do mikrofonu, położył prawą rękę na sercu, publiczność wstaje. Słyszę jego charakterystyczny głos, znany w świecie z najpopularniejszego hitu – żartu „Don’t worry! Be happy!”. Bobby teraz śpiewa solo hymn amerykański. To taki w USA przedkoncertowy zwyczaj, a sam koncert? Jak każdej zawodowej amerykańskiej orkiestry symfonicznej tak i Hollywood Bowl Orchestra, którą niegdyś dyrygował i którą dyrektorował Leopold Stokowski, słuchałem z wyjątkową przyjemnością. Jest coś takiego u amerykańskich klasyków, że potrafią swobodnie przejść od europejskiej, czysto klasycznej frazy symfonicznej Haydna czy Beethovena do synkopującego Gershwina. Muzycy mają wszechstronne przygotowanie zawodowe. W Polsce już tak potrafią grać młodzi, współcześni artyści. Wieczór w Hollywood Bowl zakończył się finałem z solistą o bardzo znanym w świecie jazzowym nazwisku. Do fortepianu z koncertem A dur W. Mozarta zasiadł sam Chic Corea. Słuchaliśmy z Thadem, pianistą klasykiem, ukontentowani. Ostatnia część koncertu czyli codę „zaprawił” wariacjami na jazzowo. Mozart słuchał go pewnie teraz z upodobaniem klaszcząc z nieba z uciechy. U nas różni pianiści - puryści i krytycy z przerażenia złapaliby się za głowę. A przecież takie „numery” robił sam Mozart improwizując wykonywane przez siebie kompozycje. Chic Corea dostał piękne brawa za niespodziankę.                                                                                                        
        Podróż mojego życia z opisanym wcześniej Magic Mountains po finał w San Diego dobiegła końca. Wracałem przez New York do Europy. W samolocie LOT- u, w półśnie pamięć przeżywała raz jeszcze momenty: smak kawy na Rodeo Drive w Beverly Hills, w Las Vegas oświadczyny młodego człowieka z wręczeniem narzeczonej pierścionka, w obecności faraona z małżonką w hotelu „Sfinks”,  połyskujące najprawdziwszym złotym pyłem okna Hotelu – Casino „Mirage”, czuję drgania lin Golden Bridge, stoję przy przekrojonym pniu sekwoi. W restauracji przy Fisherman’s Wharf zespół swingowy dedykuję mi utwór z życzeniami udanego pobytu, jadę konno po plaży w asyście młodych, pięknych Meksykanek… Czy to wszystko przytrafiło mi się naprawdę? Niewiarygodne ale prawdziwe! A moja bardzo udana karykatura? Zgubiłem ją w Białymstoku, w drodze do „oprawcy”. Nawet nie poczułem jak wysunęła się gdzieś na jezdnię z rulonu z innymi pracami. Niestety! Wrodzona gapowatość jest moją najmocniejszą stroną. Poniżej zdjęcia.                                                                                                                                                                                                                        
                                                                                                                Antoni Czajkowski

 

 

felietony 

Fantastycznie się czyta jak bym tam była ,,,pozdrawiam i proszę o jeszcze,,,,
Napisał: Ewa Polińska dodano: 2015-11-14 20:12:59

Wspomnienia ach wspomnienia... Trudno sobie tego nie wyobrazic. Niezwykle obrazowo opisuje pan swoje podroze. Kolejne stronice ksiazki gotowe. Pozdrawiam
Napisał: Izabella dodano: 2015-11-16 17:39:50

bardzo dobrze opisane. Byłem we wszystkich miejscach które Pan opisywał, również w poprzednich wspomnieniach-relacjach. Polecam je wszystkim. Dla mnie osobiście odżyły te wspaniałe chwile. Pozdrawiam autora.
Napisał: piotr dodano: 2015-11-16 19:40:34

Ale tasiemiec. Szkoda, że te zawody toną w mroku cywilizacji.
Napisał: Aneta dodano: 2015-11-17 00:42:29

Dodaj komentarz

Treść:


Informacja dla komentujących
Redakcja portalu nie ponosi odpowiedzialności za treści publikowane w komentarzach. Zastrzegamy możliwość opóźnienia publikacji komentarza lub jego całkowitego usunięcia.