Od New York do San Diego (3)

aktualizacja: 2015-11-07 10:16:37     nr wiadomości: 26690     przeczytano: 3096     Ilość komentarzy komentarze: 2

      W Los Angeles ludziom tak się nie spieszy jak w Nowym Jorku. Może przez ten całoroczny, łagodny klimat? Mniej jest też ludności czarnej. Widać dużo Meksykanów, zwłaszcza w biednych, slumsowatych dzielnicach. Poza ścisłym centrum samo miastem nie wzbudza chęci odkrywania nowych miejsc. Na przeważającym obszarze dominuje budownictwo parterowe. Za to okolice bajkowe. Od pierwszych dni ciągnęło mnie do Hollywood. W pobliżu Silver Lake miejsca zamieszkania Thada i Bin wiedzie słynna „filmowa” droga Sunset Boulevard z owymi wysokimi, podstrzyżonymi palmami prowadząca m.in. do Hollywood, Beverly Hills i dotykającym Pacyfiku miasteczkiem Santa Monica. Najlepszym sposobem skutecznego „obwąchania” tych sławnych miejsc jest per pedes. Zacznę od spaceru po Hollywood Boulevard centralnej ulicy Miasteczka Filmowego. Swój spacer po Bulwarze zacząłem od części mało uczęszczanej. Po obu stronach ciągnęły się jakieś zakłady pracy, firmy z zamkniętymi bramami, sklepy do których mało kto otwierał drzwi. Po godzinie marszu, za wiaduktem kolejowym ulica zaczęła się zmieniać. Budynki coraz okazalsze, przybywało turystów. Szyld jaki zobaczyłem nad kolejnymi drzwiami zachęcał do wejścia. Znalazłem się nagle w innym świecie. Poczułem się jak we wzorcowym, przedwojennym sklepiku z gadżetami z filmów z tamtej epoki. Pod ścianą stało stylowe pianino. Uciąłem małą pogawędkę z dwoma sympatycznym sprzedawcami. Zagrałem im jak taper i kupiłem reprinty kilku starych, znanych plakatów filmowych. Za parę chwil znalazłem się w centralnej, najsławniejszej części Hollywood Boulevard, w barwnym, kręcącym się w różne strony tłumie. Większość zwiedzających turystów stanowili młodzi, czarnowłosi Japończycy z aparatami fotograficznymi. Pstrykały migawki, błyskały flesze i migały buzie z minami „cheese”. Za mną, przede mną i koło mnie przechodziły i ocierały się zgrabne plecaczki albo przewieszone przez tułów torby i torebki. Różnojęzyczny gwar i śmiech był przyjazny. W tym zgiełku usiłowałem wyłowić polską mowę. Niestety. Żadnego słowa w ojczystym języku. Za to magia miejsca robiła swoje. Przy Dolby Theater, gdzie jest coroczna ceremonia wręczania Oscarów spaceruje pozujący do pamiątkowych zdjęć, stylizowany Flap. Staję obok niego. Proszę aby ktoś zrobił nam fotkę. Przy Teatrze Chińskim cierpliwie przeciskam się przez liczną grupę i pochylam się nad czymś wraz z innymi.  Widzę odciski stóp i dłoni Gwiazd. Odczytuje: Kirk Douglas, poniżej w innym kwadracie data i nazwisko: 7 26 - 62 Sophia Loren. Kilka kroków dalej kusi Marilyn Monroe w znanej pozie z podwiniętą podmuchem powietrza sukienką z filmu „Pół żartem, pół serio”… Spacer wśród palm Aleją Sław, zwaną także Aleją Gwiazd najpierw wywołuje ekscytację, później inne refleksje. Kroczę powoli po złocistych gwiazdach. Ludzie zatrzymują się, odczytują nazwisko, czasami fotografują. Każda gwiazda to czyjeś życie i zrealizowane marzenie, pasja. Ale na tym świecie nie ma nic za darmo. Coś za coś. Osiągnięcie sławy jest najczęściej okupione ciężką pracą, stresem, podpatrywanym życiem prywatnym i problemami, których zwykli ludzie prowadzący normalne życie nie mają. Przypomina mi się cytat z arii operetkowej śpiewanej przez Grażynę Brodzińską: wielka sława to żart… Proszę przechodnia o zrobienie zdjęcia nad legendarnym nazwiskiem Glenn Miller. Czaru tych miejsc i myśli tam towarzyszących nie da zapomnieć. Odwiedziłem to legendarne miejsce kilka razy i zawsze natrafiłem na ten sam widok.                                                                           
       Swój urok ma pobliska Santa Monica. Najpierw na kolacji w polskiej restauracji „Warszawa” gościłem moich przyjaciół Thada i jego żonę Bin. Prowadzona przez Amerykanów polskiego pochodzenia miała dobre, rzeczywiście polskie jedzenie. W pobliżu ktoś proponował węża do pamiątkowej fotografii. Pokonałem uprzedzenie. Boa okazał się spokojny i przyjemny w dotyku. Za drugim razem byliśmy tam na plaży. Chciałem wziąć coś do czytania. Thad odradził: Zostaw! Nie będziesz miał czasu. Ciągle coś się dzieje. Na żółtym piasku kilkanaście metrów od dostojnie falującego Oceanu Spokojnego wije się kilometrami pas asfaltu, po którym szaleją w hełmach i nakolanówkach mali i duzi wrotkarze płci obojga. Co raz wzrok napotykał dziwnie znajomy domek ratowników. Tak! To tu kręcono słynny serial „Słoneczny Patrol”. W niedzielę wybrzeże Pacyfiku w tym miejscu jest oblężona nie tylko przez chętnych odpoczynku. To wielką widownia pod gołym, bezchmurnym niebem. Cień dają nieliczne palmy. Co kilkadziesiąt metrów jakieś widowisko. Fakir w asyście  pomocnika kładzie się na szkle. Za moment tamten rozcina mu szablą dynię na brzuchu. Grupka młodych ludzi improwizuje na „przeszkadzajkach” sambę. Proszę o dwa akustyczne drewienka i dołączam do nich. Mimo, że to tylko rytm ale przy szerokim instrumentarium robi się ciekawa muzyka. Trochę dalej słucham przez kilka minut słuchając big bandu. Muzycy znakomici. Może ktoś ich  dostrzeże i zaproponuje kontrakt? Jeszcze dalej wprost z ciężarówki sprzedają plażowe ciuchy. Za straganem słychać głos swingującej jazzowe standardy wokalistki. Przy akompaniamencie sekcji rytmicznej dziewczyna cudownie śpiewa Gershwina. Wzdycham i sobie myślę, że w Polsce mogłaby wystąpić na Jazz Jamboree. Pewnie tylko raz. Później, aby z czegoś żyć, musiałaby wybrać disco polo lub rock. Co parędziesiąt metrów nowa scena estradowa i nowa muzyka ale przeważnie swing, jazz i latin. Nasi niektórzy krytycy i fani nowoczesności powiedzieliby, że to starocie i obciach bo nie słychać nigdzie muzyki rockowej. A prawda jest przeraźliwie prosta. Ci młodzi wykonawcy nie chcą grać czegoś, przy czym mogliby jeszcze poczytać gazetę. Oto bijąca w uszy odpowiedź dlaczego USA jest krajem o najwyższej kulturze w świecie. Wracamy. Można te popisy, po których tak znakomitym artystom nie wypada coś do kapelusza nie wrzucić, oglądać i słuchać jeszcze długo. Któregoś zwykłego dnia, jako jeden z nielicznych, opalałem się na tej samej plaży. Był już miesiąc mego pobytu w Ameryce. Myślałem o domu, rodzinie… Wyobraźnią dotarłem nad jezioro Rajgrodzkie. Poczułem charakterystyczny zapach tamtej wilgotnej, ciemnej ziemi, sosen, wody... Czysta, sprawdzalna metafizyka, którą wielu doświadcza, niewielu chce się do tego przyznać. Niezwykłe? Nie tylko to.                                                                                                                            


    Kilka dni później spotkała mnie następna, na pół metafizyczna niespodzianka. Jako młody słuchacz Studium Nauczycielskiego w Ostródzie przez kilka miesięcy grałem w orkiestrze tanecznej w dziś już nieistniejącej kawiarni „Zacisze”. Zapamiętałem nie wiadomo dlaczego enigmatyczny tytuł jednego z utworów „W górach Sierra Nevada” i oto teraz znalazłem się wśród tych gór, w Parku Narodowym. Tam właśnie stanąłem pod największym drzewem na Ziemi. Uwaga: obwód pnia 31,3 m, średnica 11,1 m. Najbliższa do gruntu gałąź na wysokości 39,6 m i gruba na 2,1 m. Wysokość drzewa 83,8 m a jego wiek 2400 - 2700 lat. Byłem pod sekwoją nazwaną „General Sherman”. Która wyrosła kilkaset lat przed narodzeniem Chrystusa. Było ich tam kilkanaście. Niektóre jeszcze starsze. Stanąłem również w miejscu, gdzie jest ich cała rodzina. Przy takich drzewach człowiek wygląda jak łepek od zapałki. Ich wielkość i wiek nakazuje milczenie.                                                                                                                               
             Któregoś dnia wybraliśmy się do wyrosłego na pustyni i atakowanego przez piasek „miasta-grzechu”, jaskini światowego hazardu czyli do Las Vegas. Tuż nad granicznym wiaduktem witały nas na wieczornym, rozgwieżdżonym niebie, krzyżujące się dwie niebieskie smugi reflektorów, reklama jednego z hoteli - kasyn. Pokusy do gry towarzyszyły już przy posiłku. W blat baru jakiejś restauracyjki były wbudowana tabela do bingo. Krótko później stanęliśmy w wejściu do olbrzymiej sali Hotelu & Casino „Las Vegas Hilton”. Trafiliśmy do jednego z kilkunastu oryginalnych hoteli – kasyn po obu stronach głównej Las Vegas Boulevard, po której jechały gęsiego luksusowe samochody. Ruch jest tak duży, że dla pieszych do przejścia na drugą stronę ulicy wybudowano liczne mosty prowadzące od kasyna do kasyna. Stoimy i patrzymy na halę o powierzchni kilku tysięcy metrów kwadratowych. Pierwsze wrażenie? Hałas wściekle pracujących tysięcy maszynistek. Ale gdziekolwiek sięgnąć wzrokiem setki „jednorękich bandytów”, maszyn do pokera, stołów, stolików, bilardów, bankomatów i punktów wymiany żetonów. Co za raj dla hazardzistów? Wyłożone pięknymi, czerwonymi chodnikami alejki pomiędzy rzędami stanowisk tłokiem przypominają ulicę w Hong Kongu. Idziesz  kilka minut i słyszysz brzęk spadających w rynienki żetonów, widzisz po obu stronach zgięte, skupione plecy i monotonne ruchy rąk: w górę i w dół, w górę i w dół… Za plecami przyssanych do maszyn graczy inni przechadzają się z plastikowymi kubełkami w rękach. To niecierpliwi. Są natychmiast wygrać a może sfrustrowani? Niektórzy mają nieobecny wzrok. Czy są już tak przegrani? Wierzą nadal w swoją szansę? Jeszcze inni ochoczo potrząsają brzęczącą zawartością i rozglądają się szukając wolnej maszyny. Może wreszcie któraś napełni im „doniczkę”? Widokiem jeszcze bardziej pociągającym są skąpo odziane panienki. Poruszają się jak nimfy. Z uśmiechem zapraszają  do drinków. Biorę z tacy od takiej Pokusy niewielki, gustowny plastikowy kieliszek, jeden z ostatnich. Za moment jej koleżanka krąży koło mnie już z pełną tacą. Wszystko za darmo, ale bez zakąski…. Gościnny ten Las Vegas... W moim kubku brzęk żetonów coraz bardziej nieśmiały. Po drodze do maszyny z pokerem biorę jeszcze jeden drink. Wrzucam żetony. Najpierw półdolarówki… Jeden ruch, drugi, kolejny… Coś mi ich za szybko ubywa. Drink? Please! Są takie słabe… Została mi jeszcze garść ćwierćdolarówek. Nie poddamy się, ale najpierw… bierzemy z Thadem jeszcze po kolejnym z tacy... Znowu gram za szybko. Robię przerwę. Uciekam od zgiełku. Zaglądam do olbrzymiej, pustej sali na piętrze. Widownia. Rzędy krzeseł. Nikt mnie nie kontroluje. Czytam pamiątkowe tabliczki: tu dał 58 koncertów Elvis Presley, walczył Muhammed Ali, Mike Tyson… Gdzie ja jestem?... Za kilkanaście minut rozmieniamy z Thadem jeszcze raz po dwadzieścia baksów. Wracam do maszyn. Znowu chodzę, patrzę jak idzie innym, a po  drodze?... Wszędzie coraz milsze panienki!... Tu parę razy szarpnę rączką, tam pociągnę bardziej energicznie… ale nie pomaga. Efekt mizerny. Dla animuszu potrząsam swoja resztówką i siadam przed wolnym stanowiskiem. Jeszcze kilka, już niecierpliwych szarpnięć rączką… Cię, diabli! Do rynienki sypie się coraz mniej. W końcu z namaszczeniem wrzucam w slot moją ostatnią nadzieję, ostatnią „kłotrę”. Może teraz?... Nic!… Drink?... Ok! Thank you!... Niby takie słabe... Nieee! Nie pójdę! Nie rozmienię już nic na nowe żetony. Swoje odżałowane na rozpustę sto dolarów przegrałem z czystym sumieniem, jak w 1980 roku w Atlantic City, w kasynie Donalda Trumpa. A teraz spać. Aha!... One last drink, please!... Thank you! 

                                                                                                                                                                             
    … Po tak „szybkiej” nocy mieliśmy dzień na zwiedzanie. Las Vegas jest miastem jak z bajki. Każdy z hoteli w centrum na swój wyjątkowy styl architektoniczny. Hotel & Casino „Luxor” ma kształt piramidy. Przed wejściem prawie naturalnej wielkości Sfinks. W podziemiach sztuczny Nil, prom i po  obu stronach kopie zabytków starożytnego Egiptu. W Sali Tronowej siedzi dostojnie para królewska. Pstrykają flesze dla chętnych do pozowania z nimi. Gdzieś tu blisko Hotel „Sahara”. Tam śpiewała w duecie z Connie Francis i Barbrą Streisand nasza Violetta Villas. W pobliskim Hotelu & Casino MGM występował słynny magik David Copperfield... Rzut oka na biały, nieduży budyneczek, przypominający trochę kościółek. To jedyne miejsce w USA i chyba na świecie, w którym można natychmiast zawrzeć związek małżeńskim albo rozwieść się. Non comments. Czas na obiad. Jesteśmy w hotelu, chyba „Rio” a tam restauracja na dwa tysiące osób typu buffet. Płacisz kilkanaście dolarów, siedzisz tak długo ile chcesz i jesz ile zdołasz. Otwarta kuchnia serwuje posiłki z sześciu kontynentów. Na moje: No chicken, please! Kucharz tylko pyta: Beef or pork?  Niemal błyskawicznie, na moich oczach przyrządza posiłek. Chyba nigdy nie byłem tak objedzony. Siedzimy z Thadem i Bin a ja ledwie dycham i zastanawiam się po co mi to było? Czy to z głodu, czy z chytrości? Nie da się najeść na zapas. Czas wracać z Nevady do Kalifornii. Za tydzień cz. 4 i ostatnia.                                                                                                       

          

                                                                                                                                                          
                                                                                                        Antoni Czajkowski

 

 

 

 

A. Czajkowski - felietony

 

Fajnie czyta się te felietony, ale jeszcze przyjemniej było odwiedzać te miejsca. Pozdrawiam ciepło z wietrznej Gdyni - Krystyna.
Napisał: K.G. dodano: 2015-11-10 00:11:23

Zawsze z przyjemnością czytam pana felietony i wspominam lekcje muzyki w SP nr 4.
Napisał: Alicja dodano: 2015-11-10 22:34:29

Dodaj komentarz

Treść:


Informacja dla komentujących
Redakcja portalu nie ponosi odpowiedzialności za treści publikowane w komentarzach. Zastrzegamy możliwość opóźnienia publikacji komentarza lub jego całkowitego usunięcia.