Felieton z cyklu „Moje podróże”

aktualizacja: 2016-04-01 19:34:02     nr wiadomości: 27983     przeczytano: 3303     Ilość komentarzy komentarze: 4

Antoni Czajkowski. Felieton 9-16 z cyklu „Moje podróże”

Wielki Mur Chiński

Ludzie! Trzymajcie mnie! – mam ochotę krzyknąć jak Pawlak z „Samych swoich”, ale z radości. Zobaczę jeden z siedmiu cudów tego świata i jedyne widoczne z kosmosu dzieło rąk ludzkich. 
      Na pierwszym etapie przygotowań do wyprawy pomogła nam chińska kolej żelazna. Wieczorem w środę 12 maja 2009 roku wjechaliśmy taksówką w podziemny tunel dojazdu do  dworca kolejowego. Stamtąd ruchomymi schodami wydostaliśmy się na duży przydworcowy plac a tam tłum nigdzie nie spieszących się dziwnie rozbawionych tubylców. Bractwo spod chmielowego dzbana nie interesował żaden pociąg. Uważaj na plecak. Jesteśmy obserwowani. – półgłosem ostrzegł Thad. Nie zwracając uwagi na żadne „halo” czy „halu” i baczne łypanie skośnookich oczu przedzieraliśmy się do głównego budynku. Sytuacja czujnie groteskowa. Jakby teren przed wejściem do warszawskiego Dworca Centralnego oblegał nie wiadomo na co czekający tłum podpitych osobników. W olbrzymiej poczekalni ludzi jeszcze więcej. Znowu interesowne spojrzenia. Czy w tym molochu jest tylko nas dwóch białych? – mruczałem do Thada, czując się jak Murzyn na Antarktydzie.  Come on! Spokojnie, mamy miejsce dla VIP-ów. – uspokajał mój towarzysz. Zły humor mnie nie opuszczał. Czy oni umieją przepraszać? – Co chwila coś małego, żółtego i obtobołkowanego potrącało mnie wprowadzając w półobrót w jedną lub w drugą stronę. Taki facet idzie prosto przed siebie, roztrąca wszystkich po drodze i nawet nie przeprosi, niechby i po chińsku. 
    Drzwi do naszej poczekalni zatkał wymachujący niecierpliwie biletami, nieprzyjemne szemrzący tłumek. Dwie umundurowane płcie sprawdzały prawo do wejścia. Wpuszczono nas bez okazywania biletów. Widzisz? Wiedzieli, że takich jak my na pewno stać na sleeping – komentarz Thada potwierdził pociąg. Długa aerodynamiczna strzała cichutko i cierpliwie czekała na pasażerów. W klimatyzowanym przedziale cztery wygodne łóżka, termos z ciepłą wodą, woda źródlana „Tibet Spring”, telewizory w łóżkach, pod łóżkiem kapcie. Cały skład napełniony w komplecie żółtą rasą. Nikt żadnego słowa po angielsku. Dwaj goście nad nami to jakieś super milczki. Nawet jak się śmieli to tylko po chińsku. Co nieco łapał tylko konduktor. Co nieco. Z satysfakcją notuję, że w tym temacie Polakom nie podskoczą. Dla polskiej młodzieży angielski stal się już drugim językiem. A starsi? Eeee! Są sposoby. Wystarczy kartoflana lub żytnia woda destylowana, tzw. rozmowna i rodak znad Wisły dogada się nawet z chińskim niemową. Po to są ręce i mimika. Dogada, bo czytać ich te „krzaczki” niepodobna. Nawet odrysować to tylko przez kalkę.
     Raj na kółkach do Beijing (czyli po chińsku Pekin) ruszył punktualnie o 21. 35. Po parunastu minutach pasek informacji na dole ekranu pokazał 158 km/h. Spaliśmy jak koty. O 8.00 rano po przejechaniu jak w kołysce 1500 km byliśmy na dworcu w Pekinie. Wyjście z tunelu do miasta kończyło się bramkami przepuszczającymi pojedynczych ludzi. Umundurowani funkcjonariusze zabierali pasażerom bilety. Boże! To oni jeszcze tego nie zlikwidowali? Momentalnie przeniosłem się do lat dziecięcych. Jako kilkuletnie pachole jeździłem z Mamą na zakupy pociągiem do Ełku przechodząc identyczną procedurę. Konserwatyści jacyś czy co? Na szczycie wysokiego budynku dworca królował neon Beijing Railway Station. Nasz przewodnik ze swoim prywatnym autem czekał na placu. Szybko i bez trudu nas odnalazł. Wśród kręcących się ludzi byliśmy jak dwóch koczkodanów. Pekin – Beijing opiszę następnym razem. Kierowca był miły i rozmowny. Mówił świetnie po angielsku ale tylko „Bye! Bye!” i „O’key”. Wobec tego został poinstruowany telefonicznie przez Bin co do swoich obowiązków po czym ruszył przez miasto Olimpiady 2008. Pekin to nie Szanghaj. Tu był inny duch. Architektura nowoczesna ale nie w nowojorskim stylu. Pogięte graniastosłupy, jakieś olbrzymie banie, bloki z dachami wziętymi z pagody. Na dużych skrzyżowaniach znajomy widok. Policja  drogowa w białych czapkach. Na ich wszechwładne spojrzenia odruchowo sprawdzam czy mam zapięty pas. Ale mnie w Polsce wytresowano? 
     Za miastem wielkie pola ryżowe wyglądające na tutejsze Pegeery, wioski, miasteczka. Po ponad godzinie jazdy zaczęły się góry. W pewnej chwili kierowca zabulgotał i pokazał na prawo. Wysoko na tle jasnego nieba, na szczytach rysuje się ciemna, ząbkowana linia przerywana konturami budowli z poodwijanymi dachami. Dojeżdżamy do wioski z turystyczną nazwą The Mutianyu Great Wall. Nasz przewodnik został na parkingu. Idziemy ostro pod górę brukowaną drogą wśród szpaleru straganów z pamiątkami. Szkoda czasu. Ciężko oddycham i myślę, że przesadziłem z tą wycieczką. Jak ciebie ostatni raz widziałem byłeś w lepszej formie! -współczuł mój obłudny towarzysz. Krok po kroku posuwam się jeszcze parędziesiąt metrów i… widzę kolorowe gondole stacji kolejki górskiej. Co za przyjemny widok? Siedząc na wygodnych ławeczkach w kilka minut pokonaliśmy wysokość 1000 metrów. Po drodze bajeczny widok na znikającą na horyzoncie linią Muru. Gdyby człowiek był ptakiem? Jeszcze kilka kamiennych schodów wiodących na platformę. Stamtąd  zaczynamy wędrówkę. Przed oczyma dla tych co lubią góry dziwna panorama. Wśród atakującej zewsząd zieleni po lewej i po prawej stronie opadający i wznoszący się  podwójny, czerwony grzebień. Poszczerbiona wstążka poprzecinana kanciastymi warowniami z naleśnikowymi dachami. Nitka Muru ginie daleko w mgielnej otulinie. Spojrzenie w lewo. Przed nami stroma ściana schodów zakończona wieżą z wykręconym nakryciem. Zadzieram głowę jakbym miał wchodzić na Rysy... Hm! Za tą wojskową chałupą może być jeszcze wyżej… - głośno myślę. Thad pozwolił mi zadecydować. Po prawej stronie stok łagodniejszy, wygląda na bardziej przyjazny. Kto chodzi po górach wie, że zejście bywa trudniejsze od wejścia. Schodzimy po ociosanych, kamiennych bloczkach. Dobrze, że nie pada. Byłoby ślisko. Droga pomiędzy zębatymi murami jest niewiele węższa od niektórych polskich szos asfaltowych. Mur z dużych cegieł sięga powyżej piersi, gęsto powycinany stanowiskami do obserwacji i obrony. Poniżej otwory, zapewne strzelnicze. Pod nogami też płaskie, kamienne bloki. Co kilkanaście metrów przecięte rowkami do odprowadzania wody. Mijamy kolejny podwyższony murek dla działa. Co kilkaset metrów wieża strażnicza. Każda ma pod ostrzałem swój sektor. Nawet dobrze nam się idzie. Niezwykle świeże powietrze, jest maj i mało turystów. Latem będą tu tłumy - rzucił Thad. Dzięki Bogu nie jest gorąco. Krętym szlakiem w górę i w dół, wpatrzeni w zmieniające się widoki, w zaglądającą zieleń i wiosenne kwiaty szliśmy i szliśmy, i szliśmy. Zatrzymywaliśmy się tylko dla zdjęć i dla rozejrzenie się. Na Chińskim Murze idzie się od warowni do warowni. Każda ma inną architekturę. Kusi podejściem, obrysem wejścia i wyjścia, wysokością budynku, wykuszami, kształtem dachu. A wewnątrz? Powierzchnią, wycięciem okien, innym sufitem, wyjściem na dach. Jedynym, stałym elementem jest szerokość obiektu ograniczona murem i przelotowe korytarze po obu stronach. Do tej arcyciekawej wspinaczki mój organizm zaadoptował się szybko. Chciało się wciąż iść dalej. Mijamy roześmianą wycieczkę studentów z Business Univercity w Michigan. Chwila miłej rozmowy, zdjęcie. Co parę minut kolorowy parasol sprzedawcy. Dziadkowie oferują wodę, Coca Colę i ryżowe ciasteczka. Ceny wywindowane tak wysoko jak Mur. Mamy w plecaku swoje zaopatrzenie. Wciąż idziemy, idziemy, idziemy… Po obu strojach bajeczny panorama gór i zieleni. Nieustanna chęć sprawdzenia co kryje się za następną warownią ekscytuje. Następna budowla, za nią długie, łukowate podejście do góry. Kilkaset metrów i jesteśmy w kolejnej, pięknej strażnicy. Ciekawe co za nią?... W końcu stajemy. Przed nami w czystym powietrzu ciągle falujące i wijące się pasmo Muru z wystającymi naleśnikami dachów. Czas obejrzeć się do tyłu. Jezus! Maria! Nasza startowa warownia bardzo daleko. Stoi pod tronem Pana Boga i w czystym powietrzu ma wielkość główki od szpilki. Cię, Florek! Czeka nas droga na Giewont. Wrócimy o pianiu koguta – mruczę z niepokojem do Przyjaciela patrząc na chylące się słońce. Takie It easy! Kierowca poczeka. – Thad nie wyglądał na zmartwionego a powrót był już bardziej wspinaczką i to z tak stromymi podejściami i schodami, że momentami wlekliśmy się jak poturbowani. Wystarczyła jednak co jakiś czas dwuminutowa przerwa i siły wraz z równym oddechem wracały. Po drodze śliczna, młodziutka „czekoladka” z Pakistanu pozwoliła na wspólne zdjęcie. Kilka razy i my jako niemniej egzotyczni pozowaliśmy tubylcom i dalej do przodu. Uczyliśmy się iść jednostajnie powoli. Każda stromizna była wyzwaniem do pokonania bez łapania oddechu, możliwie jak najmniejszym wysiłkiem. Chwilę jednak odpoczywamy patrząc ukradkiem na parę wyglądającą na Niemców lub Skandynawów. Siedli przy armacie i popijają wino. Mają ten cały Mur i wszystkich człapiących głęboko w nosie. Po około trzech godzinach dowlekliśmy się do punkcie wyjścia. 
   Prosto z gondoli kolejki linowej schodziliśmy wśród typowych straganów a na nich  wachlarze, pocztówki, koszulki, banany, majtki, makatki, foldery, piszczałki, zabawki. Nachalni kramarze targują się jak Arabowie i natychmiast spuszczają z ceny. Thad patrzył zdziwiony jak nieźle daję sobie z nimi radę. Do Pekinu wróciliśmy po zmroku. W hotelu z satysfakcją wyjąłem z folii kupiony tanio folder z The Mutianyu Great Wall. Niech to diabli! W środku zapleśniałe kartki z pourywanymi rogami. A tak byłem pewien, że nowy, że chytrym Chińczykom nie dałem się oszukać. Wrzuciłem go do kosza.
       Wielki Mur Chiński było budowany przez blisko 20 wieków (!). Liczy około 2400 km. Nie był nigdy użyty do obrony. Wędrówka po jednym z siedmiu cudów świata kosztowała mnie niespodziewanie sporo zdrowia. Po powrocie do kraju, przez ponad pół roku odczuwałem problemy z kolanami, ale… cieszę się, że promil długości cudu dawnej techniki fortyfikacyjnej osobiście pokonałem. 
Zdjęcia mówią wszystko.

                                                                                        Antoni Czajkowski 

 

Archiwum felietonów

Panie Antoni.. od kiedy to Wielki Mur Chiński jest widziany w kosmosu???? Legenda??:) Pozdrawiam
Napisał: Rdek dodano: 2016-04-04 09:09:05

Do Rdek: O tym wie chyba każdy średnio inteligentny człowiek, ze Mur Chiński to jedyna budowla widziana z kosmosu. Powtarzam: każdy średnio inteligentny człowiek...
Napisał: Apoloniusz C. dodano: 2016-04-04 13:21:52

Tolo, Ciebie chyba muzyka konserwuje? Wyglądasz jak na maturze.
Napisał: jl dodano: 2016-04-04 14:58:08

Rdek jest widzialny z kosmosu jako jedyna budowlana zbudowana przez ludzi na Ziemi; ucz sie Rdek ucz bo nauka to potegi klucz
Napisał: rajgrodziak dodano: 2016-04-04 20:25:36

Dodaj komentarz

Treść:


Informacja dla komentujących
Redakcja portalu nie ponosi odpowiedzialności za treści publikowane w komentarzach. Zastrzegamy możliwość opóźnienia publikacji komentarza lub jego całkowitego usunięcia.