Antoni Czajkowski. Felieton 7- 16 z cyklu „Moje podróże”

aktualizacja: 2016-03-11 17:42:52     nr wiadomości: 27795     przeczytano: 2484     Ilość komentarzy komentarze: 3

Antoni Czajkowski. Felieton  7- 16 z cyklu „Moje podróże”

W CHINACH                                                                                                                                              

         
      W maju 2009 roku na zaproszenie mego amerykańskiego przyjaciela, pianisty Thada Wolfe spędziłem dwa egzotyczne tygodnie w Państwie Środka. Co mógł robić w Chinach Amerykanin? Otóż Bin, żona Thada jest z pochodzenia Chinką i w Szanghaju ma rodzinę. Tam też dostała pracę na dyrektorskim stanowisku w światowej firmie audytowej. Z tego tytułu oboje wraz z dwojgiem dzieci są tam rezydentami. Czy będąc dwa tygodnie w największym państwie świata nie jako uczestnik wycieczki da się cokolwiek ciekawego zobaczyć? Niech to ocenią czytelnicy. 


SZANGHAJ

      Późnym popołudniem olbrzymi Boeing 747 po dziesięciu godzinach lotu z Amsterdamu dotknął kołami lotniska w Szanghaju. Jednak o wyjściu z samolotu nie było mowy. Na pokład weszli zapowiadani trzej kosmici. Ubrani kompletnie na biało i w goglach poruszali się jak polarne niedźwiadki. Pierwszy misiek groźnie zbliżał do każdej głowy coś na kształt pistoletu i miauczał drugiemu wynik. Drugi wpisywał temperaturę w wypełnione przez nas oświadczenia zdrowotne. Trzeci nie robił nic tzn. był kierownikiem. Widok był tak zabawny, że nawet pilot wyszedł z kokpitu i robił im zdjęcia. Przywitała nas tak świńsko-grypowa komisja zdrowia. Wychodziliśmy do hali bagażowej w szpalerze osobników płci obojga w białych maseczkach do punktu kontroli pod tablicą z napisem po chińsku i angielsku „Komisja Kwarantanny”. Tam z powagą zabierano nam zaświadczenia o zdrowotności. Żartów również nie było gdy mijaliśmy wyprężonych na baczność obrońców chińskich granic. Stoi taki w wyprasowanym mundurze z giwerą jak przed Grobem Nieznanego Żołnierza i nawet okiem nie mrugnie. Thad czekał na mnie ze swoim kierowcą o imieniu Jason. Chłopak mieszkał 19 lat w Hongkongu i tam nauczył się angielskiego. Wyjechaliśmy z parkingu gdy nad nami z poświstem mignęło grube, srebrzyste cygaro. To jedyny ma świecie pociąg magnetyczny o szybkości ponad 400 km na godzinę. Łączy lotnisko z centrum miasta – wyjaśnił Jason. Tak powitały mnie współczesne Chiny. W miarę zbliżania się do miasta strzelista architektura przypominała Nowy York. W okolicach centrum widziałem drugi Neapol. Wielopasmowe drogi, przepiękne stylistycznie wieżowce i pomiędzy nimi obdrapane ulice z niską zabudową. Na wystawionych z okien żerdziach suszą się majtki, biustonosze, gacie, portki. Pomiędzy ulicznym drzewami rozwieszone kołdry, prześcieradła, kapy. Całe linie tych domów rozwalały buldożery.

Miasto przebudowywało się na wystawę „Szanghai Expo 2010”. Po godzinie jazdy byliśmy w Lakeville Regency na strzeżonym osiedlu dla cudzoziemców, na którym mieszkali również bogaci Chińczycy. Z obszernego balkonu mieszkania moich gospodarzy miałem widok jak na nowojorską Piątą Aleję. Tam siadywałem przy kawie obserwując ruch rowerów. To narodowy wehikuł Chińczyków. Jak mrówki faraona rozjeżdżają się one w Szanghaju przez największe skrzyżowania na wszystkie drogi, place, parkingi. Są wszędzie. Jadą przez pasy wśród pieszych, wkręcają się w kolumny samochodów, przemykają się pomiędzy autobusami, które dobrotliwie pokrzykują na nie klaksonami. Jest ich niepoliczalna ilość. Rowery są różne: stare, nowe, lśniące, damskie, męskie. Droższe z akumulatorem, silniczkiem i z dynamem. Są cudeńka z chromu, z wanadu, na teleskopach, które prawie same jeżdżą. Przed moimi oczyma jeździły najtańsze. Pordzewiale z pościeranymi pedałami, mocno sfatygowane i najbardziej zapracowane. Wpisane w tradycję tutejszego życia jak dawniej koń w Europie ciągnęły dwukołowy bagażnik. To pojazd zarobkowy ciężko pracującego na nim właściciela. Z okna mego balkonu wzrok co chwila odprowadzał kolejny, skrzypiący bicykl. Nieprawdopodobnych rozmiarów bagaż widziany z góry zdawał się pokrywać gabarytami wszystko aż do kierownicy. Z miarowym trzeszczeniem naprężonych trybów łańcucha jechały powiązane w baleron pierzyny, kołdry, tobołki, piramidy pudeł. Trafiał się przewóz szaf, lodówek, pralek albo tapczan z dwoma fotelami. To wszystko fachowo powiązane nie spadało i powoli, cierpliwie jechało do celu. Rower wozi wszystko co się nie mieści w bagażniku auta i służy tym, którzy go nie posiadają. Chińczycy z rowerem nawet odpoczywają. Podczas niedzielnej wycieczki do Parku Miejskiego po alejach i alejkach kursowały wypożyczane fikuśne pojedyncze, podwójne i wieloosobowe, rodzinne wehikuły. Jechałem takim w pozycji półleżącej. Bez kierownicy, pedały z przodu, sterowane lewarkami po obu stronach bioder. Trzeba było najpierw nauczyć się na tym łapać równowagę. 
     Miasto rzeczywiście stylem nawiązuje do Nowego Yorku. Jeden z centralnych deptaków nosi nazwę Szanghai Times Square a mieszkańcy? Czują się jak w lesie. Przy małym ruchu przechodzą na czerwonym świetle całymi stadami, jak święte krowy w Bombaju. Pojazdy z trudem poruszają się w tłumie. Władze chcą coś z tym zrobić. W porze największego ruchu na głównych skrzyżowaniach stoją umundurowani osobnicy z napisem na rękawie Traffic Assistant i usiłują regulować ludzkie przyzwyczajenia. Z rożnym skutkiem. W Szanghaju nie widać by ruchem ktoś rządził tak jak i ulicznym handlem. Roi się tam od młodych chłopców, od których trudno się odczepić. Na widok europejskich rysów natychmiast oferują „oryginalne” Rolexy, laserowe „wieczne” latarki, jakieś świecące plakietki. Idą za tobą kilkadziesiąt metrów i uparcie pomiałkują. Inny, egzotyczny widok to białe maseczki z uwagi na smog. Nie czułem potrzeby korzystania z takiej prewencji.  
    Muzeum Narodowe w Szanghaju jest najznamienitsze w kraju. Kilkupiętrowy budynek mieści mnóstwo wykopalisk, głownie chińskiej porcelany. Chyba maja tego dużo bo w gablotach nie ma rozbitych czy popękanych skorup. W kilku witrynach – nie wierzę własnym oczom - stoi nasz „Włocławek”! Wzory, kształty i kolory te same. Widać skąd pochodzi wzornictwo znanej, polskiej fabryki. Oglądam zieloną figurkę psa. Tabliczka pod eksponatem podaje przybliżony wiek: A.D. 25 - 220. Skrót A.D. to Anno Domini czyli Roku Pańskiego. W innej gablocie pod starożytną, czerwoną wazą tabliczka z napisem: 3000 - 2700 B. C. czyli angielski skrót Before Christ. Takie oznaczenia w komunistycznym kraju? Niedowierzająco komentujemy to z Thadem. Jakiś sympatyczny, skośnooki jegomość za naszymi plecami łamaną angielszczyzną powiedział, że tabliczki wymieniono przed Olimpiadą. Na pytanie jakie były przedtem wymownie machnął ręką podejrzliwie oglądając się. A więc wielka, starożytna cywilizacja, kraj Konfucjusza i Buddy uznaje u siebie chrześcijańską nomenklaturę. A to się porobiło? A u nas tabliczki i teksty z określeniami n.e.- nowa era i p.n.e. – przed nową erą są normą. Nic nowego. 
   W pobliżu muzeum na gmachu Filharmonii wisi olbrzymi baner z reklamą koncertu współczesnej orkiestry Duke’a Ellingtona. Sąsiednie uliczki w licznych sklepach oferują instrumenty muzyczne: od ludowych przez pianina i fortepiany do europejskich. A więc jest w mieście wydzielone centrum kultury. 
Czy nowoczesny, nowojorski Szanghaj ma swoją Starówkę? Zapytany o to Jason zawiózł nas do dzielnicy Yu Gardens. Budynki z powyginanymi dachami z daleka przyciągają wzrok przepiękną architekturą. Dominuje czerwień. Na portalach, kolumnach, ścianach bogate ornamenty. Wszędzie chińskie smoki, dżonki, mostki, kwiaty. Każda uliczka wnosi coś nowego. Są hotele, bary, restauracje i mnóstwo sklepów. Wejścia do wielu reprezentacyjnych budynków strzegą lwy z brązu, żółwie albo jakieś monstra. Nareszcie zobaczyłem tradycyjne, stare, prawdziwe Chiny. 
     Absolutną niespodziankę sprawił mi Thad w drugim tygodni pobytu. Byłem na dachu najwyższego wieżowca świata SWFC czyli Shanghai World Financial Center. Pionowa ściana stali i szkła zdawała się sięgać chmur. To jedyny budynek w mieście z charakterystycznym zwieńczeniem dachu w kształcie odwróconej litery „U”, który zapamiętałem z samolotu. Wygląda jak monstrualny uchwyt. Nie przypuszczałem, że będę spacerował po szczycie owej litery. Najpierw do kasy po bilety i z parteru dostaliśmy się ruchomymi schodami do dużej sali. Cichobieżna winda mieściła kilkanaście osób. Drzwi bezszelestnie zamknęły się. Plazmowy ekran na suficie pokazał reklamowe obrazki miasta i wieżowca zwiastując ekscentryczne przeżycia. Start. Na elektronicznym okienku migały cyfry z osiąganą wysokością. Nie czuć zmiany ciśnienia. Przy cyfrze 474 winda tak samo bezszelestnie stanęła. Wyszliśmy na prostokątną, oszkloną salę z kawiarnią, sklepem z pamiątkami i wygodnymi, półleżącymi miejscami dla odpoczynku. Widoki jak z dachu nowojorskiego World Trade Center. Po kilkunastu minutach mała winda w bocznej ścianie zawiozła  nas na najwyższy punkt odwróconego „U” na wysokość 500 m. Wychodzę z miną gościa, którego nic nie zaskoczy i po kilku krokach zatrzymuję się niepewny. Przede mną, pode mną i wokół mnie szklany tunel. Czuję się jak w kruchym naczyniu zawieszony w powietrzu. Osiem pięter niżej jest sala, która właśnie opuściliśmy. Nie dostrzegliśmy szklanego sufitu. Za oknem - ścianą leśne okolice Szanghaju, wijąca się rzeka, dach biurowca jak nowojorskiego Chryslera, wieża telewizyjna. Sporo ludzi spaceruje ale coś nie słychać głośnych śmiechów ani rozmów. Nie mam ochoty iść na przezroczysty środek. Dla pewności ostrożnie posuwam się pod ścianami i staram się trzymać poręczy. W pewnym momencie patrzę pod stopy i truchleję. Pode mną przepaść. Głęboko w dole jakiś park opasany cienką wstążką drogi. Samochody jak mrówki. Czytelniku! Możesz myśleć co, chcesz. Jest oczywiste, że otacza mnie grube szkło czy plastik o ogromnej wytrzymałości. Wszystko zaprojektowane i obliczone ale rozum w to nie wierzy. Szybko kilka fotek i wracam. Niepewnym krokiem przechodzę kilka metrów na przeciwną stronę. Przez czyste szkło widzę teraz inną panoramę miasta. Sięgam po aparat fotograficzny. Nagle po tamtej stronie pojawia się uśmiechnięta facjata Chińczyka! Szok!!!... Teraz widzę kask, liny i kołyszący się wózek z jeszcze dwoma robotnikami. Na linach, cienkich jak sznurki, że aż mi ciarki przechodzą cała trójka z wiadrami, płynami i szczotkami pracowicie myje szyby. Ekipa skupia na sobie powszechną uwagę. Błyskają raz po raz flesze a oni? Mają nas w nosie. Z wesołym minami robią swoje. Dosyć tego dobrego. Wracamy.                                                                                                                          
      Na dole chciało mi się ucałować ziemię. Thad mnie „pocieszył”, że wkrótce stanie w Dubaju w kształcie pokręconych kostek domino, jeszcze wyższy budynek. A niech sobie sięga nawet do Księżyca. Mnie tam na pewno nie będzie. 
Zdjęcia uzupełnieniem felietonu. 

                                                                       Antoni Czajkowski

 

Archiwum felietonów

Panie Antoni, kolejny swietny felieton. Pozdrawiam serdecznie.I.G.
Napisał: Izabella dodano: 2016-03-11 21:44:48

panie antoni widze cos optymistycznego,baginski nie zostal senatorem
Napisał: romank dodano: 2016-03-14 07:03:25

Piekne przeżycia gdzie Grajewiacy jeszcze nie byli.
Napisał: iaro dodano: 2016-03-14 09:38:02

Dodaj komentarz

Treść:


Informacja dla komentujących
Redakcja portalu nie ponosi odpowiedzialności za treści publikowane w komentarzach. Zastrzegamy możliwość opóźnienia publikacji komentarza lub jego całkowitego usunięcia.