„RAGTIME SEPTET” cz. 3

aktualizacja: 2015-07-05 17:58:15     nr wiadomości: 25751     przeczytano: 3081     Ilość komentarzy komentarze: 3

Antoni Czajkowski

Felieton 20 z cyklu „Okruchy wspomnień”

 

                                          

       Oto trzeci i najbardziej emocjonujący odcinek godny filmowego scenariusza sukcesów grajewskich jazzmanów sprzed 43 lat. Jest to, moim zdaniem, jeden z najciekawszych epizodów w powojennych dziejach kultury Grajewa. Sukces prawie nie zauważony, nigdy należycie nie wyeksponowany ani doceniony. Zapraszam czytelników do uruchomienia swojej wyobraźni. Mamy jesień 1972 roku i Koncert Laureatów IX Krajowego Festiwalu Piosenkarzy i Zespołów Amatorskich w Jeleniej Górze.

 

&

 

…Luźni i uśmiechnięci wychodzimy na scenę. Wzrok szybko przyzwyczaja się do reflektorów świecących prosto w oczy. Zza kulis dolatuje przeraźliwy szept inspicjenta: „Panowie! Macie 10 minut!” No tak. Przed nami były liczne bisy. Publiczność zmęczona a my jesteśmy ostatnim punktem programu. Ok.

:... Wytwórnie ubrany konferansjer telewizji Wrocław Krzysztof Szewczyk: …„Ragtime Septet” zaprezentuje Państwu trzy, następujące utwory: „Pan Franciszek na polowaniu”, „Wiązankę na tematy żołnierskie” oraz.. specjalnie opracowaną na tegoroczny, jeleniogórski Festiwal… „Parafrazę na temat II Rapsodii Węgierskiej” F. Liszta! – Gęste, życzliwe oklaski. Powabna prezenterka w długiej, lśniącej sukni dodaje nazwisko kompozytora i aranżera. Po chwili pełna oczekiwania cisza… Moment skupienia… Oglądam się na nich. Stoją gotowi. Nabijam tempo. 

      Kazik zaczął „Franciszka…” w tak kołyszącym bluesie jakby miał zamiar uśpić nas i całą widownię, ale ciągnął stylowo. Janek z Mecenasem natychmiast się do niego dostroili. A Mały spokojnie jakby od niechcenia uderzał w czynel. Niby wsłuchiwał się ale za chwilę patrzył obojętnie gdzieś za kulisy, albo utkwił wzrok na brzęczącym talerzu. Czekałem czy nie ziewnie ale czujnie dotrwał do końca niemiłosiernie wlokącego się tematu wstępu. Odczekał sekundę aż wybrzmi w powietrzu dwugłos bluesowego zakończenia trąbki i klarnet, i już: Werbel! Kociołki! Werbel! Czynel! Czynel! Werbel! Tremolo iii… Jedziemy!!! Jurek znów pokazał temperament i podyktował szybkie tempo ale sekcja nie rozminęła się nawet na sekundę. Cykała jak najlepszy, szwajcarski zegarek. O to chodzi. Przy takim pulsie w improwizacji można sobie spokojnie pofolgować. Brawa i ukłon dla publiczności po każdym solo: Kazika, Janka i moim. Teraz zgodnie ze sztuką końcowe powtórzenie tematu. Poszło normalnie. Publiczność podziękowała oklaskami gęsto i krótko i natychmiast ucichła. Aha? Rozumieliśmy się. Czekali na wiązankę wojskową. Co im zaproponujemy z przebojów kołobrzeskich Festiwali? Trzeba je podać ze szczególnym smaczkiem. Znów się oglądam. Widzę spokojne i skupione twarze. Czułem, że każdy z nas myśli tak samo... Za reflektorami zrobiło się ciszej,... prawie jak w kościele. Ok. Nabijam stopą w podłogę : Raz! - ! Dwa! -! Raz! Dwa! Trzy! Cztery!

   Kaziowa trąbka już śpiewa: „Do rodziny, Jaś przybywa a tu żniwa, a tu żniwa. Płot złamany kły wyszczerza, wszyscy liczą na żołnierza”… Moje przejście z Ratajem do nowej tonacji i puzon, prawie jak Maryla Rodowicz: „Gdy piosenka szła do wojska, to śpiewała cała Polska, bo piosenka szła do wojska jak na pierwszy bal…”   Ciemność za światłami rytmicznie kleszcze. Znakomicie. Teraz spontanicznie, jakbyśmy umówili się, żadnych znaków do siebie. Zaskakujące zmiany tempa i dynamiki podobają się muzycznie wyrobionej publiczności. A jak się znają na improwizacji?… Duże brawa po każdym solo… Ostatni temat znowu podejmuje trąbka. Gramy w alla breve - dwa razy szybciej: „Gdy idziemy na przepustkę to pogoda musi być. Jak w tysiącu jasnych luster ta niedziela w słońcu lśni. Załatwione to odgórnie, że nie może być pochmurnie..”… Marszowe Klask! Klask! Klask! Klask! dodaje skrzydeł - …”gdy żołnierze, gdy żołnierze wolny mają czas”… Typowe dixielandowe zakończenie i koniec! Uśmiech radości do siebie. Chwila oddechu. Dluuugie, gęste brawa. Coraz liczniej i śmielej, grube i cienkie, męskie i kobiece: „Biiiis!” , „Biiis!”, „Biiis!”. Czekamy cierpliwie na ciszę. Teraz „Parafraza” ... najtrudniejsza… Gotowi? – pytam wzrokiem. Spokój jak przed olimpijską stumetrówką.

    Rozpoczynam na fortepianie ad libitum, jak w oryginale. Po tym wstępie wchodzi kochany Kazio…w bluesie, jakby nieśmiało. Gramy najpierw tylko obaj. Po kilku taktach jest klarnet... Za moment dołącza puzon… Napięcie rośnie. Teraz do akcji wkracza miarowy, rytm banjo. Tadek zaczął od piano i teraz crescendo wszystkich wzmaga poziom tajemniczości, jak w filmie Hitchcocka. Coraz głośniej. Tak zostało zaaranżowane. Zdaje się, że za chwilę wybuchnie szalony dixieland ale Rataj nie pozwala. Dobrze. Ma trzymać wszystkich… Teraz tęskne jak to w czardaszu zawieszenie melodii z trąbką i klarnetem w dwugłosie… i…powrót do bluesowego tempa. Banjo odmierza rytm jak sekundnik. Jest nieubłagane.... Jak oni kochają tego Lista… Koniec części wolnej… Sekunda wymownej ciszy... i zaczynamy temat drugi, takie accelerando w cygańskim stylu. Czy czardasz da się zagrać w dixielandzie? Jeszcze jak. Stopniowo przyspieszamy… z perkusją… ale powoooli!… Trzymać równo... Nie podniecać się… Brawo sekcja. Już jesteśmy we właściwym tempie. Każmirz kilkakrotnymi ćwierćnutami na górnym „d” , jak w oryginale, potwierdza dla wszystkich ten sam zegar. Forteee! - teraz wrzeszczę do drużyny. Jakże to wdzięczna część do improwizacji… Trąbka kończy swój chorus… brawa… Kazik się kłania… Janek kończy solo trylem… brawa…ukłon… teraz ja… Boże! Jak mi się dobrze gra… dostaję miłe brawa… czuję się prawie jak na Jazz Jamboree… Kiwam się półukłonem dla publiczności. Co za atmosfera. Teraz solo Jurka! Kotłuje na bębnach mało mu się pałki nie zapalą… ściszył pod koniec. Dobrze! Pamięta, że jest piano w ostatniej, czwartej części… Teraz wszyscy unisono… coraz głośniej… crescendo… tak trzymać… róóównooo!... KONIEC!!!... Uff!... Dopiero po chwili dostrzegamy, że przed nami euforia…okrzyki….i grzmot braw. Niesamowite. Kłaniamy się kilkakrotnie. Znowu  „Biiiiiiis!” na różne tony, prawie nakazujące... Nie! „Parafrazy” nie będziemy bisować. Kosztowała nas za dużo zdrowia.

- Panowie! „Molto” - spojrzałem na Jurka… To on zaczyna.

W Małym diabeł usadowił się już na dobre. Ośmiotaktowy wstęp poprowadził we wściekłym tempie. Tego numeru tak szybko jeszcze nie graliśmy. Rzuciłem okiem na Kazika czy zdąży ale on już wyczuł co wisi w powietrzu - popis perkusisty. Kazio zamknął oczy, zgarbił się przed mikrofonu i poszedł za Małym. Zaśpiewał po swojemu temat i po nim swoje solo. Zanim klarnet, fortepian i wreszcie Mały. Graliśmy pod bębny. Jurek odwzajemnił się przepysznym solo. Przeprowadził pełną synkop skomplikowaną improwizację tematu na wszystkim co miał pod ręką. Na zmianę brzęczały, warczały, stękały i głucho odpowiadały czynele, półkociołki, kotły, werbel…Jurek panował nad tym jak król. Jedynym łącznikiem śledzenia tego co wyprawia był ulotny pedał dużego bębna i hi-hat, dwa pionowo uderzające o siebie talerze poruszane podałem lewej nogi. Ostatnimi czterema taktami wprost wyłożył zaproszenie do końcowego powtórzenia melodii. Temat wybrzmiał krótkim, nagłym zakończeniem, Zaskoczenie widowni nagłą ciszą jak po cięciu brzytwą. Znowu długie żądania bisu. Jurek wstawał zza bębnów i kłaniał się kilkakrotnie. Zrobił dla nas przyjemność i majstersztyk dla widowni. Gestem wskazujemy na niego a sala aż kipi... Podekscytowany inspicjent już nie myśli o 10 minutach. Trzyma nas za kulisami i nie puszcza do garderoby. … Nadal różnotonne bis… Zmęczeni wracamy …Kłaniamy się… Może dosyć?... Nie puszczają... Ok! Mamy uzgodniony jeszcze jeden znany wszystkim kawałek. Kolej na Tadka Skarżyńskiego. Rataj spokojnie podchodzi do mikrofonu... Jeszcze poprawia pasek… Spojrzał w ciemność za światłami. Rozejrzał się. Wszyscy gotowi?… Ok. :.. Cisza…I nagle jego banjo cudownie wyczarowuje ten sam ośmiotaktowy wstęp jak u Armstronga: tada tam tam tam / ta da tam/ tada tam tam tam / ta da tam / tada tam tam tam/ ta da  ta da / tada tam tada tam/ tada tam, tam / . Trąbka już śpiewa „He-looo, Dolly”…Natychmiast podchwytuje to klarnet… Teraz rasowy gliss puzonu. Przy improwizacjach sala znowu „akompaniuje” rytmicznymi klaskami… Ale misterium…Mały Florek z wielkim roztrąbem tuby nad głową podszedł do mikrofonu. Spuścił oczy jak dziewica i „szyje równym ściegiem”. Posapuje basowymi miarami co chwilę wtrącając ascetyczne synkopy… Skończył. Brawa… Ukłon i już stoi w tyle obok bębnów. Znowu tłuste glissando Mecenasa… Rataj daje znak, że chce na solo… Dobra! Skupiony zgiął się w pół nad instrumentem i bawi się nim w najlepsze. Tak zaskakująco synkopuje, że wszyscy patrzymy na niego jakby wyciągał z cylindra królika… Skąd u niego tyle harmonicznych rozwiązań?... Jeszcze rozfantazjowany powrót trąbki do tematu ale stopniowo coraz bliższy melodii, jak lądowanie po twórczym locie….Triumfalne tremolando Rataja na fermacie ostatniego akordu. Na scenie zrobiło się gorąco. Nam gorąco. Widowni tez gorąco. Wystarczy.

-Uuuuuu! – dociera do naszych półprzytomnych uszu. Dosyć! Koniec! Jesteśmy szczęśliwi. Daliśmy z siebie wszystko…

   …Kłaniając się po raz trzeci patrzymy pytająco na siebie…? Aplauz nie milknie ale…? Słychać coś nowego…nawet widać…Zapaliły się boczne światła. Trzask opuszczonych drewnianych krzeseł, taki sam jak w grajewskim kinie.!… LUDZIE WSTAJĄ!!!... Najpierw gdzieś od tyłu, od najdalszych rzędów słychać „STOOO LAT!”, STOOO LAT!... Podchwytują to kolejne rzędy… Już stoją wszyscy!!!… Boże! Spoglądamy na siebie bezradnie...jak małe dzieci… Coś ściska za gardło.  Mecenas w tym momencie pracowicie wydmuchuje wodę z puzonu, Kazik nagle sprawdza czy ma sprawne wentyle, Florek stoi na baczność i szybko mruga oczyma, Rataj i Mały zastygli zgięci w pół, jakby chcieli ukryć twarze… Nie wyszedł nam wytrenowany, wspólny ukłon. Nieważne… Boże!... Co za przeżycie? Co za rodzaj szczęścia? Dusza w kwiatkach, w gardle tak miękko, że nie sposób cokolwiek powiedzieć.. a tu jeszcze długie, uroczyste: „NIEEECH...ŻYJAĄĄ…NAAAAM!!!...

Wyprostowałem się natrafiając na wzrok Janka. W tym momencie obaj wymieniliśmy bardzo głębokie jak nigdy dotąd, poważne spojrzenia.

… A „Hello Dolly” bisowaliśmy jeszcze dwa razy. Oczywiście, improwizując za każdym razem inaczej! Swobodnie, na luzie, jak na najlepszych przystało.

                                                                    

                                                                                        Antoni Czajkowski

 

P.S. Do dzisiaj nie wiem co w tym spojrzeniu z Jankiem wtedy sobie wymieniliśmy. Nawet nie próbuję odgadnąć. W naszym ziemskim życiu można doświadczyć uczuć i wrażeń, których ludzkim językiem nie da się nazwać. Próżna nadzieja.

 

 

 

 

Archiwum felietonów 

 

         - 2. Klub KWADRAT, Sala widowskowa   - 3. Klub KWADRAT, scena   - 9. KWADRAT, bar klubu na dole

tamte lata? zauważa się, że były w każdym miejscu z papierosem ,papieros był królem .
Napisał: jola dodano: 2015-07-06 08:44:18

Janek jaki młodziutki, identyczny jak jego syn Zbyszek
Napisał: ja dodano: 2015-07-06 17:05:38

To były piękne chwile i super muzyka
Napisał: Jędruś dodano: 2015-07-06 19:23:38

Dodaj komentarz

Treść:


Informacja dla komentujących
Redakcja portalu nie ponosi odpowiedzialności za treści publikowane w komentarzach. Zastrzegamy możliwość opóźnienia publikacji komentarza lub jego całkowitego usunięcia.