„Ragtime Septet”

aktualizacja: 2015-06-27 17:25:25     nr wiadomości: 25305     przeczytano: 2592     Ilość komentarzy komentarze: 4

Antoni Czajkowski

Felieton nr 19 z cyklu „Okruchy wspomnień”

 

RAGTIME SEPTET cz. 2

 

Poniżej część 2 wspomnień autora z początku lat 70-tych ub. wieku, gdy grajewscy jazzowi muzycy weszli na rynek krajowy. Oto „Ragtime Septet” w drodze po swój największy sukces.

 

…Przygarnęła nas Budowlana Spółdzielnia Pracy. Zakład mieścił się w długim, przyległym do starego parku baraku. Na poddaszu urządzono dwie pracownie, magazynek sprzętu i małą salkę widowiskową. Na malutkiej scenie ledwie mieścił się fortepian. Z początku graliśmy tylko standardy jak „Santi Louis Blues”, „On the Sunny Side of the Street” czy “Mackie Majcher”. Po dwóch miesiącach Kazik złapał formę. Usta miał tak nabite, że świstał raz po raz C trzykreślne. W głowie miał pełno świeżych pomysłów i grał swobodnie nawet powyżej skali instrumentu chyba nie zdając sobie do końca z tego sprawy. Był stylowo bezbłędny. Nie znając harmonii improwizował na ucho, tak jak i Janek, jakże soczyście. Kusiło mnie żeby teraz spróbować coś nowego i w ten sposób po próbie, pewnym późnym wieczorem powstał „Klakson”- opowiastka muzyczna o przejażdżce staroświeckim fordem ze sterczącą przy kierownicy pseudo trąbką – klaksonem. Coś takiego miały jeszcze przedwojenne motocykle, co dzisiaj ludzie przyczepiają do kierownicy rowerów – składaków. Wystarczyło ścisnąć z tyłu gumową gruszkę i wydobywał się z tego śmieszny dźwięk. Refren kończył się stopniowym eliminowaniem instrumentów. Dęciaki grały ostatnią frazę w trzy- i w dwugłosie z pozostawieniem na samym końcu samotnego, dwukrotnego „che! - che!”. Tę „pierdziawkę” miałem zawsze pod ręką na fortepianie. Wywoływała humor na widowni a i myśmy mieli przy tym niezłą zabawę. Później w stylu happy jazz napisałem trzyczęściowy dixieland pod tytułem „Pan Franciszek na polowaniu”. I znowu był to muzyczny obrazek o pewnym dziadku, który w walonkach, w maju wybrał się z siatką na motyle na polowanie. Akcja rozgrywa się na ukwieconej i rozkopanej przez krety łące. Sporo było tam zmian tonacji, tempa, zabawnych synkop i innych niespodziewanych akcentów rytmicznych. Wszystko miało oddawać podchody dziadka do motyli. Ten nieco komiczny styl komponowania trochę nawiązywał do modnego wówczas warszawskiego zespołu „Hagaw”, w którym solistą i showmanem był Andrzej Rosiewicz. W drugim roku pracy zaczęliśmy grać większe wiązanki utworów dobieranych nie tylko pod kątem możliwości ich ujazzowienia. Tworzyły one pewną całość tematyczną. W ten sposób powstała „Wiązanka na tematy ludowe”.

Po raz pierwszy dostrzeżono nas na Wojewódzkim Przeglądzie w Białymstoku. Otrzymaliśmy wyróżnienie WRZZ (Wojewódzkiej Rady Związków Zawodowych), ale do jesieni nic się nie działo. Najlepszym zespołem na białostocczyźnie były „Diamenty”. Liczyły się jeszcze, także białostockie, „Żółtodzioby” i „Tuzintony”. Elektryczne „deski” podłączone do kolumn – szaf, to był szał. Klawiszowcy wstydzili się grać na fortepianie, bo był chyba za cichy wiec szli do organów… Tamto wyróżnienie było dla nas na tyle istotne, na ile potwierdzało słuszność wybranej drogi w licznych, modnych trendach muzyki młodzieżowej. A więc to co prezentujemy nie jest takie przegrane z wszechwładnym beatem? Każdy wiedział, jak wiele ma jeszcze do zrobienia na swoim instrumencie. Wtedy nareszcie poczuliśmy ten puls łączący wszystkich w czasie grania. Jakby grał jeden, nie siedmiu.

Jesienią spotkał nas niespodziewany zaszczyt. Ktoś w województwie zadecydował, że obok „Diamentów” jako drugi zespół my będziemy reprezentować województwo białostockie na znanym Krajowym Festiwalu w Jeleniej Górze. No to pojechaliśmy. Program zagraliśmy bardzo naturalnie, bez większej tremy, zadowoleni, że wszystko się klei, że to nasze granie nam samym się podoba. Podobało się i to bardzo jeszcze publiczności i jurorom. Bez specjalnych przygotowań otrzymaliśmy II Nagrodę Festiwalu i zdobyliśmy jeszcze coś więcej. Uznanie w tamtym środowisku. Ciekawe jak nas przyjmą teraz?

…Przed hotelem pierwszy wysiadł Mecenas. Z wyniosła miną wielkiego artysty - wirtuoza ujął futerał puzonu pod pachę i dostojnym krokiem ruszył w stronę hotelu jak do Carnegie Hall. Ten przekomiczny widok wywołał salwę śmiechu.

… Zapaliły się reflektory. Dwaj wojskowi fanfarzyści po obu stronach sceny odegrali hejnał. Burmistrz Jeleniej Góry ogłosił z namaszczeniem: „IX Krajowy Festiwal Piosenkarzy i Zespołów Amatorskich uważam za otwarty!”. Rozległy się gęste brawa wypełnionej publicznością sali a ja poczułem tremę, której.. zdawało mi się, że nie miałem rok temu. Jest Polskie Radio, widziałem kamerę TV, przyjechały nowe zespoły, pełno ludzi…?...

„Ragtime Septet” występował w drugim dniu, w drugim koncercie eliminacyjnym. Na znak inspicjenta, przy ciepłych oklaskach rozpoznającej nas publiczności wchodzimy na scenę. Konferansjerzy z TV Wrocław prezentują skład zespołu i program. Podczas wymieniana nazwisk pierwszy dreszczyk. Rataj coś tam niby poprawia w instrumencie, Mecenas przedmuchuje ustnik od puzonu, Janek z Kazikiem kłaniają się trochę sztywno, a więc też przejęci… Cisza… Jeszcze sekundę odczekuję. Rzut oka na „pierdziawkę”. Jest? Jest. Pierwszy leci „Klakson”. Nabijam tempo… Po trzech minutach kończymy przy rozbawionej publiczności. Poszło dobrze. Pierwsze lody przełamanie. Nasze usztywnienie także zniknęło. Teraz „Lady be good” Gershwina… Już pozwalamy sobie na większy, stylowy relaks bawiąc się tym co robimy. Kazik zaczął swój chorus efektowne, wysoko w górze, później wchodził kaskadą dźwięków stopniowo w dół. Mały zrobił dwutaktowe przejście na bębnach… i już Jankowy klarnet przejmuje dolne rejestry trąbki. Na końcu podniósł temperaturę grając wysoko melodyczną ostinato pod zmieniającą się harmonię. Ładnie mnie tym zakończeniem wypuścił. Zawsze lubiłem grać ten standard i zawsze szukałem co na swoim solo pokazać nowego. Teraz przeszedłem na ragtimowe zrytmizowanie całego chorusu i po kilku taktach z przyjemnością łowiłem reakcję widowni: -! Dwa! -! Cztery! -! Dwa! – Cztery!.. Rytm klaśnięć był coraz głośniejszy. Podziałało to na Mecenasa bo powrót trąbki i klarnetu wyłożył mięsistym glissandem: Oooooouuuu! Pociągnął efektownie suwakiem od dołu do góry. Teraz dialogi. Obejrzałem się. Ale zabawa. Wszyscy znają swoją kolejność. Chodzi tylko o to aby każdy na swoim czterotaktowym solo „podpuścił” następnego, przejmującego improwizację dalszej części tematu. No i świetnie. Publiczność znakomicie to czuje a moi koledzy grają coraz ciekawiej. Na luzie. Taaak… Jak zawodowcy...Teraz powrót do tematu i stylowe zakończenie. Kłaniamy się… Duuuże brawa… długie… ciepłe. Trzeci kawałek i standard „Molto” Mały rozpoczął czterotaktowym wstępem na zapalenie płuc. Rzuciłem pytającym okiem za siebie czy nie za szybko ale i tak nic by już tej pełnej temperamentu ludzkiej machiny nie zatrzymało. Kazik wyzwanie bębnów przyjął i już triumfalnie drze się w górze skali. Janek tryluje nad trąbką a z tyłu wszystko na raz i trzy miarowo popycha Florkowa tuba: Bum! – Bum! – Bum, bum, bum, bum! To numer pod popis perkusisty. Po naszych improwizacjach ma swoje trzydziestodwutaktowe solo. Jurek wiedział po co narzucić takie tempo. Teraz pokazuje efekt swoich prywatnych ćwiczeń. Wszyscy patrzymy na niego pełni podziwu. Technicznie jest tak dobry, że niejeden rockowy zawodowiec może mu co najwyżej czyścić bębny. Na koniec zgodnie z regułami powrót do tematu i czterotaktowe „przypomnienie” perkusisty kto tu rządził kapelą. Aplauz sali i pełne podziwu „Uuuuuuuu!” dla „sprawcy”. Ale daliśmy czadu. Gestami wskazujemy na Małego. Jurek trochę zakłopotany wstał i ukłonił się jakby prosił jakąś panienkę do tańca. Wyluzowani, w świetnych humorach, przy niemilknących brawach schodzimy za kulisy.

Po kolacji na dole w klubie jam session. Trochę zmęczeni chcemy tylko napić się piwa. Gdzie tam. Już nas rozpoznano. Tak jak przed rokiem, znowu gorącymi brawami i okrzykami ciągną do grania. Bigbitowcy natychmiast z szacunkiem ustępują.

- Co? Zagramy? – patrzą pytająco na mnie - No pewnie! - innej odpowiedzi być nie może.

Kazik natychmiast poszedł po instrument, za nim Janek… Ok! Najpierw tęgi łyk piwa dla tzw. nabrania ostrości jak mawia Florek. I już: Raz! - ! Dwa! - ! Raz, dwa, trzy, cztery! - ! nabijam nogą średnie tempo pod dostojne, pachnące w każdym dźwięku Nowym Jorkiem „On the Sunny Side of the Street”. Młodzież w tańcu szaleje. Nie ma mowy o skończeniu. No to teraz w dixielandzie „Ty masz w sobie coś”. Wszyscy śpiewają. Ale atmosfera. Kazik i Janek są niezniszczalni. Co za szczególny rodzaj człowieczego szczęścia?… Dzielisz się z ludźmi spontanicznie, z serca… tym, co otrzymałeś od Boga i widzisz skutek. Kolejny łyk piwa. Jakieś radosne rozmowy, podziękowania, czyjeś uśmiechnięte oczy... Grają teraz inni ale jakoś blado, bez werwy, bez ognia… Jakby pogodzeni, że to my tu „rządzimy”. Znowu łyk bursztynowego napoju i… „Georgiaaa!... Georgiaaa!”... Sala podśpiewuje jak chórek u Ray Charlesa…O! Jakie tu ładne dziewczyny… Jestem kawalerem!... Jesteś śliczna!... Dziękuję ci za tak miłe słowa… Jak masz na imię? Napijesz się piwa?... Staaaryyy! Ale wy gracie! Stukamy się kuflami. Tłum gęstnieje. Sobota. Okazuje się, że bez nas nie ma dobrej zabawy… Jeszcze? Ok! Wracamy na scenę. Kolejny łyk chmielowej zupy. Kazik dmie aż mu się trąba prostuje. Znowu zdominował imprezę.

 

                                                                  &

 

Następnego dnia w niedzielne południe nieoficjalnie dowiedzieliśmy się o wynikach. Dyrektor Festiwalu i jednocześnie Klubu „Kwadrat” pan Romuald Pistl przyjął mnie w swoim gabinecie. Z fajką w ustach i z tajemniczym uśmiechem na moje dyplomatyczne pytania trochę się ociąga, droczy i w końcu łowię uchem jego dyskretne mruczenie : Nooo... A jaka może być dla „Ragtime Septet” nagroda? Tylko…pierwsza.

Boże! PIERWSZA NAGRODA!!!... Ex equo?... Z „Me – Po”? … Hm! To było do przewidzenia. Znakomity zespół wokalny. Szybko dzielę się nowiną z oczekującymi kolegami. Jesteśmy zadowoleni. Tyle satysfakcji. Praca nie poszło na marne. O 19.00 oficjalne ogłoszenie wyników i zaraz po tym Koncert Galowy.

…Para konferansjerów w super kreacjach. Przewodniczący jury, rektor wrocławskiej PWSM odczytuje protokół.

- Big band ZNTK z Piły! Nagroda: Puchar przewodniczącego WRZZ!

Za kulisami stoi solidarnie z nami Wacek Oksieniuk i „sledzikuje” wczorajszy występ całkiem dobrego bandy, elegancko prezentującego w białych marynarkach i muszkach:

- Nu dobrze! Wy byliscie lepsi od tych kielnerów!

- „Ragtime Septet” z Grajewa, reprezentujący województwo białostockie: I Nagroda i 10 tysięcy złotych! – odbieram jeszcze dyplom, nagrody dodatkowe indywidualne: szachy, albumy...

- Zespół „Me-Po” – reprezentant Związków Zawodowych Metalowców ze Szczecina: ex equo z…

W zakończeniu Jego Eminencja pochwalił w imieniu jury organizatorów i wysoki poziom artystyczny imprezy. Rozpoczyna się Koncert Laureatów…

 

c.d.n. Czajkowski

Może jakieś nagrania są z tamtych czasów ?
Napisał: Robert dodano: 2015-06-28 22:01:28

Panie Czajkowski?! moze wznowicie to granie ? Pan Jan Zalewski mieszka w Szczuczynie , a pozostali czlonkowie ...w Grajewe czy gdzies w Polsce?
Napisał: j. dodano: 2015-06-29 14:31:24

Tolek proszę zorganizuj taki koncert z Waszych dinozaurów, chętnie posłuchamy, bo to było naprawdę interesująca muzyka
Napisał: Fan dodano: 2015-07-01 08:53:41

Tolek a gdzie dancingi zrobić jak nie ma Jagienki ani mimozy
Napisał: Jędruś dodano: 2015-07-06 19:40:28

Dodaj komentarz

Treść:


Informacja dla komentujących
Redakcja portalu nie ponosi odpowiedzialności za treści publikowane w komentarzach. Zastrzegamy możliwość opóźnienia publikacji komentarza lub jego całkowitego usunięcia.