Byłem w domu Elvisa

aktualizacja: 2015-02-28 16:55:35     nr wiadomości: 24360     przeczytano: 7342     Ilość komentarzy komentarze: 12

BYŁEM W DOMU ELVISA PRESLEYA

   

Elvis Presley – mega gwiazda XX wieku, bożyszcze kobiet, idol mega pokolenia, głos wyzwalający niezwykłe emocje i wzruszenia… Nie przypuszczałem, że znajdę się w jego domu. Wrażenia z tej wizyty publikuję po raz pierwszy. Na początku Lutego 2010 roku wybrałem się do USA w odwiedziny do córki Magdaleny. Magda skończyła studia wiolinistyczne na wschodnim wybrzeżu w New Jersey ale los ją rzucił na Południe do stanu Arkansas. Mieszka z rodziną w odległości niespełna dwóch godzin jazdy samochodem od Memphis, miejsca zamieszkania i wiecznego spoczynku Legendy.                                                                                                    
    W pewien deszczowy dzień ruszyliśmy w drogę. Przez przesuwające się leniwie wycieraczki patrzyłem trochę zamyślony i trochę przejęty na umykający pod koła highway. Oto jadę do miejsca bardzo bliskiego komuś, z kim łączy mnie mnóstwo niezapomnianych chwil. Jadę do kogoś, którego płyt słucham ilekroć chcę duchem wrócić do tamtych lat, rozbrykanych i beztroskich. Po głowie krążą pytania: czy to nie kolejne martwe muzeum? Czy jest jakaś magia tego miejsca? Czy da się poczuć ducha Artysty? Moje podekscytowanie wzrosło po przekroczeniu mostu nad Missisipi, na widok tabliczki z napisem Memphis. Jeszcze dwie, trzy mile i na skrzyżowaniu skręt w prawo w drogę wylotową z miasta. Ruch duży, samochody rozbryzgują kałuże. Mijamy jakieś baraki, brzydkie  parterowe zabudowania skrywające jakieś bieda – firmy. Nieważne. Jesteśmy coraz bliżej tego miejsca. Po kilku minutach… jest!!! Niebieska tablica ze strzałką i krótkim napisem GRACELAND PARKING wywołuje głębszy oddech. Wysiadamy i pierwsze wrażenie: to Presley nie mieszkał w centrum..? Plac parkingowy tego dnia nie był bardzo zajęty. Szliśmy wzdłuż drewnianego parkanu, nad którym sterczały ogony dwóch samolotów. Chodnik z zadaszeniem kierował do kas usytuowanych w kompleksie parterowych budynków. Z rozstawionych, niewidocznych głośników sączyło się po drodze słodkie „Love me tender”. Wzrok łowił zawieszone plansze z plakatami  właściciela domu i tytułami przebojów. Nieposłuszne serce trochę przyspieszyło a wraz z nim i nogi. W niedużej poczekalni muzyka potęgowała wrażenie ciepła, spokoju, prawie ukojenia. Podszedłem do panoramicznego okna kierując wzrok na przeciwległą stronę drogi. Przed oczyma przejeżdżały obojętnie w obie strony samochody. Ciężarówki jak migawki aparatu co chwilę zasłaniały i odsłaniały, znany mi z fotografii i reportażu w TVP1, duży dom z kolumnami, który właściciel na część swojej matki nazwał Graceland. Z drogą podjazdową z obu stron pod główne drzwi przypominał architekturą posiadłość białego plantatora z Południa. Widok jak z filmu „Przeminęło z wiatrem”. Po chwili, w kilkuosobowej grupie, wsiedliśmy do mikrobusu. Przejazd przez ruchliwą drogę do posiadłości Presleyów, był możliwy po uruchomieniu zielonej sygnalizacji. Za dwie minuty byliśmy na miejscu. Wejście strzegły dwa białe, kamienne lwy tuż przy ażurowych ławkach. Kilka schodków i ze słuchawkami – przewodnikami na uszach otwieram drzwi, przez które On wchodził i wychodził tyle razy. Piękny żyrandol w hallu zachęcał światłem do wejścia. Na prawo hall z wygodnymi kanapami prowadził do niewielkiego salonu. Przez otwarte drzwi widać było telewizor i czarny fortepian. A więc to w tym miejscu Bitelsi pograli sobie z Gospodarzem, gdy go odwiedzili podczas amerykańskiego tournée. Patrzę w lewo. Taki sam przytulny hall – korytarz wiedzie do niedużej jadalni. Wszystko eleganckie, piękne, dopięte w wystroju. Rozstawione nakrycia, a więc pora przed obiadem. Za chwilę zjawią się domownicy…  Wracam pod żyrandol. Na schody do prywatnych apartamentów Artysty wstęp wzbroniony. To nadal dom prywatny. Może wejść tylko Priscilla Presley z córką, właścicielki Graceland i ich goście. Tam mieszkają gdy są w Memphis. Pozostałą część domu i posiadłości z powodu dużych kosztów utrzymania musiały przekazać w depozyt na muzeum. A na górze jest ponoć pozostawiona, nietknięta pościel gdy ostatniego ranka Elvis wstał z łóżka. W łazience rzucona, jakby przed chwilą użyta, pasta ze szczoteczką do zębów… Gospodarz musiał na moment gdzieś wyskoczyć. Na pewno jest w domu… Za schodami kuchnia, sypialnia jego babci, rodziców i wąskimi schodami w dół schodzimy do części klubowej. Wygląda na to, że Elvis spędzał tam z przyjaciółmi sporo czasu, nie narzekając na nudę. Jest pokój bilardowy z przepięknie zdobionymi ścianami i sufitem, barek, wygodne fotele, kanapy, niezwykły stolik z uciętego nieregularnego pnia drzewa, trzy obok siebie telewizory, na których Artysta oglądał na raz trzy programy (wtedy nie było multi ekranów), gdzieś w kącie na fotelu gitara… On zaraz wróci, wyszedł tylko na chwilę...                                          

Zwiedzanie tyłów domu to dalsze niespodzianki. Jest wybieg dla koni, nieduże budynki typu bungalow dla służby z podpiwniczeniem. Wewnątrz urządzono wystawy, które otwierają oczy na skalę osiągnięć Elvisa. Kilkunastometrowy korytarz po obu stronach wyłożony ponad stu złotymi płytami. W jednym z wyższych pomieszczeń po sali do squasha wysokie ściany zdobi następna setka złotych i platynowych płyt, stoją gabloty z kostiumami, wiszą nagrody, pamiątki, dyplomy, jakieś gadżety. W kolejnym korytarzu tablica z pięćdziesięcioma metalowymi tabliczkami, z wygrawerowanymi podziękowaniami dla Presleya od różnych fundacji i stowarzyszeń za wsparcie. Artysta nie żałował pieniędzy na cele charytatywne. W następnych salach widzę kolejne gabloty z jego oryginalnymi strojami filmowymi i scenicznymi. Niektóre są mi znane. Kojarzę je z konkretnymi scenami, koncertami i piosenkami. Oto strój ślubny jego i Priscilli i tuż obok trochę kiczowaty portret obojga. Wychodzę znowu zamyślony. Czy jest ktokolwiek na Ziemi, kto zdobył tyle złotych płyt?                                                                                                                                                                                           Opuszczamy teren z tyłu domu. Kierunek zwiedzania wskazuje na lewo od niego, na przestrzeń niezabudowaną. Mijamy niewielki otwarty basen, przy nim jakąś ciemną figurkę amorka a na lewo wzrok napotyka krzyż. Przed krzyżem stoi Chrystus z rozłożonymi rękoma. Wokół linia kolorowych wieńców, ozdóbek, ręczne robionych laurek z życzeniami. Są świeże. To od jego fanek i fanów. Niespełna miesiąc wcześniej była rocznica urodzin Elvisa. Tuż przy Chrystusie, jakby ich przyganiającym, leży cała rodzina: od lewej Minnie Mae – ciotka (żyła najdłużej z całej rodziny), obok niej Elvis, po nim Vernon – ojciec (przeżył odejście syna) i Grace – matka. Jej odejście jako pierwszej bardzo przeżył przywiązany do matki Elvis. Cichutki plusk wody z małej fontanny czyni ciszę niemal sakralną. Liście i wstążki z zawieszonych urodzinowych ozdób, mimo lekkiego wiatru, zachowują się jeszcze ciszej…                                                                                                                                                                         … Stoję sam przed nimi zadumany. Pod nazwiskiem Elvis Aaron Presley pochylam się nad tekstem, który potęguje wrażenie. Dreszcz niezwykłego wzruszenia dają znać gdzie jestem. Magdusia czeka cierpliwie na uboczu. W myślach powtarzam sobie to co usłyszałem:… „Elvis zatrudniał liczną, także czarnoskórą obsługę. Zdarzało się, że w rodzinie osoby pracującej w Graceland stało się nieszczęście. Małżonek stracił pracę lub zapadł na zdrowiu a był do spłacenia dług hipoteczny… Co to była za radość gdy – niekoniecznie w Christmas - brakującą sumę dyskretnie spłacił pewien darczyńca.”… Nietrudno było odgadnąć kto jest owym Świętym Mikołajem. Nie chce mi się odejść z tego miejsca. Ociągam się, wracam, robię dodatkowe zdjęcia, jeszcze kilkakrotnie oglądam się. Czy tu jeszcze kiedyś wrócę…?                                                                                                                                                                  
   ...Ten sam van wiezie z powrotem. Przed nami budynki z kolejnymi ekspozycjami. Oto Elvis i jego samochody. Artysta był kolekcjonerem drogich aut. Mijamy różowy Cadillac prezent dla Grace, super mercedesy, otwarte, luksusowe limuzyny, czerwony kabriolet z filmu z jego udziałem, motocykle, skutery, nawet rolniczy spychacz. Jeszcze zaimprowizowana stacja benzynowa z jego czasów, słynny na cały świat neon ELVIS… I znowu refleksja. W latach osiemdziesiątych, a może i wcześniej, czytałem polskie wydanie biografii Presleya. Ten gość rozdał w swoim życiu około 950 samochodów, słownie: dziewięćset pięćdziesiąt. Za darmo!!! Czy na pewno miał aż tyle rodziny, przyjaciół, kolegów czy znajomych? Nie sądzę, ale na pewno spotykał mnóstwo ludzi przyciągniętych jego sławą, chcących go poznać. Wśród nich niewątpliwie byli tacy, którzy zdobyli jego serce. Odruchowo, po spotkaniu, po dobrej rozmowie, w przypływie sympatii, szczerości albo i wewnętrznej potrzeby pomocy dawał w prezencie kluczyki do własnego auta. Chcesz? To masz!...                                                                                                           
    Krótko przeglądamy wystawę z okresu jego służby wojskowej w Berlinie Zachodnim i wychodzimy do dwóch prywatnych samolotów Artysty. Większy odrzutowiec służył do podróży artystycznych po całym świecie. Mieścił cała ekipę włącznie z orkiestrą i pracownikami technicznymi. Król rock’n rolla miał swoją salonkę, sypialnię z dużym łóżkiem a tuż obok łazienkę. Umywalka i bateria ze szczerego złota! Pstryknąłem fotkę na pamiątkę. Drugi, mniejszy samolot zabierał kilkanaście osób i był przeznaczony dla menadżerów. Ktoś musiał latać i załatwiać lukratywne kontrakty. Tak wielkie, że Król nigdy nie pojawił się z koncertem w zbyt biednej Polsce. Występował w tamtych czasach w naszym kraju Paul Anka, „The Rolling Stones”. Presley był za drogi, tak jak „The Beatles”.                                                                                                                                                      
    Opuszczamy to rzeczywiście magiczne miejsce. Znowu się oglądam. Ostatnie spojrzenie na Graceland. Westchnienie samo wyrywa się z piersi. Gdzie On jest teraz? Nie mam wątpliwości, że tam gdzie żyje się sercem. W centrum Memphis jeszcze rzut oka na słynne „Sun Studio”. Olbrzymia gitara – neon mówi sama za siebie. To tu młodziutki Elvis nagrał swój pierwszy hit „That’s All Right, Mama”, który był początkiem jego oszałamiające kariery, bez rozbierania się na scenie, bez trupich czaszek, przekleństw, wrzasków i darcia Biblii.
                                                                                           Antoni Czajkowski

P.S. Najświeższe uzupełnienie na podstawie informacji nadesłanej przez moja córkę Magdalenę.                                                                                                              

Pod koniec lutego br. a więc gdy pisałem ten artykuł, jedna z amerykańskich stacji telewizyjnych pokazała program, w którym najlepsi w USA patolodzy analizowali wyniki sekcji zwłok Elvisa Presleya. Na tej podstawie odtworzyli jego ostatnie 24 godziny życia. Okazało się, że Elvis cierpiał od dawna na bezsenność i brał mnóstwo tabletek na spanie. Brał również dużą dawkę lekarstw przeciwbólowych. Mial problemy z okiem i brał także tabletki na ból oka. Z powodu oka nosił czarne okulary. Cierpiał jeszcze na długotrwałe zatwardzenie i tu tez z powodu bólu brzucha wspomagał się tabletkami. W ostatnią noc przed śmiercią bolał go ząb I był u dentysty. Nie mógł zasnąć więc o 2 w nocy grał w squasha i do łóżka poszedł o 5 rano. Dalej nie mógł zasnąć. Wziął ponowne pigułki. Bez skutku. Bolał go brzuch. Poszedł do toalety. Nie mógł się załatwić. Wstał, zrobił dwa kroki I padł na zawał serca.                                                                                                                                                            

Sekcja zwłok wykazała, że na skutek owego przedawkowania miał ogromnych rozmiarów wątrobę I powiększone serce. Organizm nie wytrzymał. Jeden z lekarzy powiedział, że miał w sobie tyle kału, że nie był w stanie tego wydalić. Potrzebował operacji aby usunąć to z organizmu. Przez stres nie dbał o siebie.                                

Cóż powiedzieć? Proza naszego, ziemskiego życia, bez przywilejów dla kogokolwiek. Elvis urodził się 8 Stycznia 1935 roku. Zmarł 16 Sierpnia 1977 roku w wieku 42 lat. Gdyby dożył naszych czasów, miałby dzisiaj 80 lat. 

 

 

Panie Antoni, dziekuje za piekny artykul ...ma pan racje, ze klimat tego miejsca robi wrazenie. W 100 % zgadzam sie, ze Elvis wciaz zyje dzieki swoim piosenkom. I ten niezapomniany glos...zeby byc artysta wystarczy miec niezwykly talent a on go mial i potrafil sprawic, ze ludzie nadal go kochaja i wspominaja...wciaz ma na swiecie wielu fanow.
Napisał: Izabella dodano: 2015-02-28 19:50:00

Dziękuję:)
Napisał: Grażyna dodano: 2015-03-01 13:26:18

eh,pieknie
Napisał: j dodano: 2015-03-02 21:41:54

Fajne te pana felietony...
Napisał: iz dodano: 2015-03-03 12:38:20

Znów piękny tekst, napisany polszczyzną, której niejeden młody dziennikarz mógłby pozazdrościć. A Presley? Do tej pory jego głos budzi we mnie niesamowite doznania estetyczne. Młodo odszedł, szkoda. I pewnie to prawda, że kto śpiewa, ten modli się podwójnie. Tolku, pozdrawiam Cię serdecznie! I czekam na dalsze teksty.
Napisał: Apoloniusz C. dodano: 2015-03-05 04:39:37

Ok dobre to co Pan pisze to trzeba czegos takiego Grajewianie docieraja w ciekawe miejsca.
Napisał: irek dodano: 2015-03-05 08:46:26

Człowiek umiera i nic ze sobą nie zabiera na tamten świat. Wszystko zostaje na ziemi wraz z pamięcią o nim.
Napisał: lola dodano: 2015-03-05 21:27:49

Czytam tak jak bym tam był ze wzruszeniem. Dziękuję i pozdrawiam.
Napisał: Mirek dodano: 2015-03-07 18:06:53

Witam Już tłumaczę dlaczego Presley nigdy nie był w Polsce. Jego agent Parker był nielegalny emigrantem z Holandii. Gdyby wyjechał z USA przypuszczalnie już by go z powrotem nie wpuścili. Tego się obawiał i dlatego nigdy nie godził się na wyjazd poza USA. Wyjątek trzy koncerty w Kanadzie. Przez krótki okres czasu wyjazd do Kanady nie wymagał posiadania paszportu. Coś jak kiedyś między Polską i NRD. Jak tylko przywrócono wizy i wymóg paszportowy między tymi krajami, to już nawet w Kanadzie nie grywał. Rozdał ... też połowę tyle domów co samochodów. Był bardzo szczerym i szczodrym człowiekiem. Do tego bardzo wrażliwym na krzywdę ludzką. Miał tak cudowną duszę i serce jak jego śpiew i gra. Z jego płytami to jakaś zagadka. Nigdzie, ale to nigdzie nie ma pełnego zestawienia. Każde zawiera luki. A już w ogóle brak informacji, które płyty są złote, platynowe i multiplatynowe. Trochę zaskoczyła mnie informacja o tym, że góra jest niedostępna dla zwiedzających. Niedawno czytałam, że one nie mieszkają wcale w Graceland, tylko w willi, którą Priscilla nabyła po rozwodzie z Elvisem, a cały dom jest do zwiedzania,łącznie ze sławną sypialnią. Pozdrawiam
Napisał: Dandi dodano: 2015-06-27 03:18:25

Chciałam dodać, że Elvis był człowiekiem bardzo wierzącym, utrzymywał też sierociniec dla chłopców w Tupelo. W swoim życiu zrobił tyle dobrego, a na koniec tak bardzo krzywdzące opinie. Przykre. Moim marzeniem jest, by chociaż raz w życiu polecieć do Memphis i zobaczyć Graceland , poczuć ten niesamowity klimat i zostawić tam swoje serce.
Napisał: Ewka dodano: 2015-10-31 22:58:07

Tak mało w Polsce osób, które dzielą się ze swojego pobytu w Graceland ... Niemniej czytałam i aż skakałam z oburzenia. Gdyby nie "Graceland" i "Elvis" zastanawiałabym się o kim pan pisze, o jakiej gwieździe? Nie ma prawie akapitu bez błędów merytorycznych. Podam tylko kilka najistotniejszych. 1. Matka Elvisa miała na imię GLADYS LOVE, a jego ojciec VERMON ELVIS (oboje rodzice byli dwóch imion). 2. Nazwa Graceland nie ma związku z matką ELvisa! To od imienia córki pierwszych właścicieli tego miejsca, która miała na imię GRACE. Elvis to uszanował i postanowił nie zmieniać nazwy posiadłości. 3. Minnie Mae, to nie ciotka Elvisa tylko BABCIA! W Graceland pomieszkiwała też jego ciotka D. Mae (Dea, czy Dena - już nie pamiętam). 4. The Beatles spotkali się z Elvisem w jego willi w Bel Air w Kalifornii w 1965! NIE W GRACELAND - tu nigdy nie byli. 5. Elvis poza dwoma koncertami w Kanadzie nigdy nie koncertował za granicą!!!!! A w Kanadzie tylko na początku kariery, kiedy między nią a USA nie było wiz! Jego menadżer(nielegalny imigrant z Holandii, na którego czekała policja w Europie - był podejrzany o różne ciemne sprawki a nawet morderstwo) skutecznie blokował wyjazd Elvisa poza USA. Odrzucał nawet kilkumilionowe kontrakty za jeden występ - np.2 miliony oferowali Japończycy za jeden koncert i pozwolenie nakręcenia go. W całym swoim życiu Elvis był tylko 2 razy w Kanadzie (na tych koncertach), w Niemczech w wojsku, przez kilkanaście godzin w Londynie u swojego kolegi z wojska podczas przepustki i kilka razy w Paryżu także podczas stacjonowania w Niemczech (na przepustce). 6. Posiadłość wygląda jak na południowej plantacji bawełny, gdyż taką właśnie funkcję początkowo pełniła. Została wybudowana w stylu kolonialnym i w czasach kolonialnych. A jej pierwszy właściciel i zarazem budowniczy posiadał plantację bawełny również. 7. Elvis od dziecka cierpiał na bezsenność, kłopoty z okrężnicą i przerośnięte serce. Miał też astmę i rozedmę płuc. Z latami i z prowadzonym morderczym trybem życia wszystko się pogłębiało. Leki przeciwbólowe, nasenne i rozbudzające, a także te wspomagające okrężnicę doprowadziły do tego, że stopniowo musiał brać coraz większe dawki. Miał też jaskrę, arteriosklerozę (stwardnienie żył sercowych), hipoglikemię, zakrzepy w nogach, i trzykrotnie powiększoną wątrobę. 8. To, że jego łóżko i łazienka pozostają w stanie nienaruszonym to tylko mit dla zwiedzających. Sypialnia, prywatne biuro i łazienka (trzy pomieszczenia do wyłącznej dyspozycji Elvisa w Graceland) zostały w trybie pilnym wysprzątane na glanc jak tylko odjechała karetka z jego ciałem sprzed domu. O 16 po południu w dniu jego śmierci w Greceland pojawili się śledczy i w zasadzie nie wykonali prawie żadnych czynności, właśnie z tego powodu, że wszystko zostało posprzątane. Nawet zaprano plamy na wykładzinie. Uznano to za zacieranie śladów, gdyż nie udało się ustalić kto wydał takie polecenie, nagle wszyscy łącznie z pokojówką zapadli na amnezję. Wcześniej sanitariusze, lekarz, ojciec Elvisa i kilku pracowników z ochrony opisywali wielki bałagan jaki panował - porozrzucana dokumenty, rzeczy, wyrzucono wszystko z czarnej torby podróżnej Elvisa - jak na przeszukaniu, a w łazience na podłodze pozbijane flakony, i kosmetyki na podłodze. 9. Przed drugą w nocy wrócił od dentysty. Potem w kilka osób śpiewali w pokoju muzycznym kilka piosenek. Następnie rozmawiał chwilę z Vermonem i poszedł coś zjeść. Przed 4 rano Rick Stanley (przyrodni brat, który się nim zajmował oprócz osobistego kamerdynera) rozmawiał z nim prawie godzinę o Bogu, a po 4 się pożegnali i dał Elvisowi pierwszą dawkę leków nasennych. Później poszedł z Ginger, swoim kuzynem Billym i jego żoną Jo pograć w squasha. Przed ósmą poprosił o kolejną dawkę leków nasennych. Zaniosła mu ją pielęgniarka, bo Rick spał. Ginger poszła do łóżka, a Elvis jak zwykle czytać do łazienki (robił tak zawsze w oczekiwaniu aż leki zaczną działać i poczuje senność). Ginger miała na niego czekać, ale zasnęła ... Gdyby wtedy była z nim Linda ... być może tak by się to nie skończyło, bo ona kontrolowała ten moment, a nawet w nocy sen Elvisa. Nie raz zresztą na czas sprowadziła lekarza. Jeśli można, proszę poprawić te najgorsze błędy, bo tak właśnie powiela się nieprawdy i wprowadza ludzi w błąd. Pozdrawiam P.S. Dodam, że śmierć Elvisa do dziś nie jest wyjaśniona. W 2027 ma być dopiero odtajniony protokół z sekcji zwłok (uzasadnienie), a akta FBI zostały utajnione do aż 2037 (Elvis był agentem DEA i agentem lub informatorem FBI). Miał też zeznawać dwa dni później jako świadek koronny w międzynarodowej aferze bankowo-ubezpieczeniowej. Jego lekarz w Nichopulos w drugiej książce napisał, że został zabity ciosem karate. Hipotez co do jego śmierci jest wiele. Nie chce mi się wszystkich wymieniać, podobnie jak niejasności, sprzeczności, potwierdzonych i obalonych dowodów.
Napisał: Sel dodano: 2015-12-02 20:18:03

Sel, tak mądrujesz w tekście, a ojciec Elvisa miał na imię VERNON, a nie Wermon. Widzisz?? Każdy się myli, nawet Ty. Pan napisał przepiękny tekst, owszem, trochę się pomylił w paru kwestiach, ale od razu taka nieuprzejma riposta? Żenada moja droga, poskacz jeszcze trochę z własnego oburzenia. Pozdrawiam M.
Napisał: Mimi dodano: 2017-05-19 08:31:33

Dodaj komentarz

Treść:


Informacja dla komentujących
Redakcja portalu nie ponosi odpowiedzialności za treści publikowane w komentarzach. Zastrzegamy możliwość opóźnienia publikacji komentarza lub jego całkowitego usunięcia.